Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulotne chwile łapię jak motyle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulotne chwile łapię jak motyle. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 marca 2016

zielona wielkanocna baba drożdżowa bez glutenu bez kazeiny bez jaja "zielono mi"

Jest zielona i smakuje jak drożdżowe babci z dzieciństwa, pod warunkiem, że dobrze wypłuczesz kaszę jaglaną. Wielkanocna baba dla Mikołajka :) A dlaczego zielona? Do tej pory robiłam takie naleśniki, a że wiosną nachodzi mnie na zielone.... ;)

WIELKANOCNA BABA "ZIELONO MI" bez jaj, glutenu i kazeiny

SKŁADNIKI:
  • 300 gramów kaszy jaglanej (wypłukanej i wyparzonej, przesuszonej, zblendowanej na mąkę - kaszę dokładnie płuczę poprzedniego dnia, podsuszam na sitku. Można użyć też mąki jaglanej, ale może być gorzkawe )
  • 300 gramów mąki owsianej bg 
  • 1 łyżka mąkii ziemniaczanej
  • 1 łyżka łupin babki jajowatej
  • opakowanie suchych drożdży bg
  • 2 łyżki dość kopiaste stałego masła klarowanego lub tłuszczu kokosowego
  • 400 ml mleka roślinnego (np owsiane fermentowane Natumi lub koko z puszki Rosmann - wtedy jedna łyżka tłuszczu) może być też woda i też dobre będzie
  • 150 gramów liści szpinaku żywego
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 1 łyżka ekstraktu z wanilii
  • pół szklanki cukru buraczanego nierafinowanego - nie zachęcam do stosowania cukru trzcinowego, ponieważ zyskuje on na popularności kosztem utraty terenów dziewiczych, a to i to jest tą samą substancją, sacharozą...
    Możesz też użyć dowolnego używanego przez Ciebie słodzidła.
    Spróbuj masy, jeśli uważasz, że jest za mało słodka, dodaj więcej słodzidła.

PRZYGOTOWANIE: 


  1. Liście szpinaku zblenować z mlekiem roślinnym lub wodą.
  2. Mokre składniki zmieszać z mokrymi.
  3. Suche składniki zmieszać z suchymi.
  4. Suche dodawać stopniowo do mokrych, mieszając. Ciasto powinno być gęste bardziej niż śmietana lub jak śmietana i git, takie ma być
  5. Wylać do formy na babę (ja smaruję masłem klarowanym lub tłuszczem kokosowym i wysypuję mąką z amarantusa)
WYRASTANIE:


Pozwolić wyrosnąć około 40 minut w ciepełku pod przykryciem.

PIECZENIE:

Piec w nagrzanym piekarniku do 180 stopni przez 40 minut. Po upieczeniu od razu odwrócić formę (nie ma potrzeby jeśli szeroka płaska)
No i zjeść ze smakiem oczywiście!
Uwaga, po upieczeniu ciemnieje.






Smacznego :)
Emotikon wink

sobota, 19 marca 2016

19 marca 2016 / 9 urodziny Mikołajka

Są takie wieczory, gdy dłużej patrzę w lustro. Po trzeciej, czwartej nieprzespanej nocy.
Patrzę na siebie i widzę wokół oczu kurze łapki. Jeszcze jakiś czas temu ich tu nie było.
Patrzę na siebie i widzę siwe włosy na skroniach. Jeszcze jakiś czas temu ich tu nie było.
Patrzę na siebie i widzę bruzdę na czole, zmęczone policzki, zmarszczkę skóry przy ustach...
Patrzę na siebie i widzę znajomy błysk w oczach.
Wciąż mam nadzieję, że nam się uda, Synku.
Że wszystko, co od 9 lat robię, spowoduje, że pewnego dnia będziesz mógł być samodzielny, że sobie poradzisz. Że tylko troszkę będzie trzeba Ci pomóc... a może wcale!

9 lat temu czułam bezradność, gdy zabrali mi Ciebie z moich matczynych rąk i zawieźli na sygnale do Centrum Zdrowia Dziecka. Sygnał karetki odbijał się echem wśród okolicznych domów. Są takie wspomnienia, z których jeszcze nie umiem się otrząsnąć....

Dziś mam siłę i będę dalej szukać. Szukać sposobu, żebyś godnie żył w przyszłości, choć razem płacimy za to wysoką cenę, bo terapia jest trudna, a nowe leczenie może okazać się kosztowne.
Ja się nie poddaję, synku. Najpierw pod sercem, teraz w sercu, idziemy razem w przyszłość.

I choć nie chciałeś dziś przyjść na swój ulubiony limonkowy, zielony tort, to jednak uśmiechałeś się szeroko, gdy śpiewaliśmy Ci 100 lat! Spełnienia marzeń, Synku :)




poniedziałek, 20 października 2014

rodzicielstwo bliskości

Jest jeszcze wszystko we mnie żywe po udziale w II Konferencji Bliskości.
Jeszcze grają we mnie wspomnienia tamtych wydarzeń, o których sobie musiałam przypomnieć, gdy podczas panelu opowiadałam o tym, jak to jest być mamą Mikołajka od początku. Od pierwszego dnia. Od pierwszego jego mimowolnego ruchu ręką. Od zgięcia jego paluszka. Od uśmiechu. Od pierwszego karmienia piersią. Od jego pierwszej świadomej radości. Od budowania krok po kroku matczynej miłości w tych wszystkich ukrytych przed innymi cieniach. O moich łzach do rękawa, które czasem spadały na twarz nieobecnego Mikołajka. O moich rozterkach i lęku o przyszłość, gdy spał bez ruchu w przesuwającej się plamie słońca. Cały dzień. O uczuciach, gdy matki zabierały dzieci z piaskownicy, gdy Mikołajek gubił się w swoich emocjach. O samotności i izolacji....

Słuchałam przejmującej opowieści Leomamy, słuchałam zaklętej w zaledwie kilku słowach historii Ojca Karmiącego..... Tyle uczuć, tyle wyzwań, tyle okazji do własnego rozwoju....

Dziś przy wieczornym myciu zębów Mikołaj znów mnie uderzył.
Uderzył w swoim własnym mimowolnym odruchu odmowy, usiłując mi tym rozpaczliwym gestem wyjaśnić, jak on bardzo nie lubi tego mycia zębów. Jak bardzo jest to nieprzyjemne. Jak bardzo go to boli. Bo przy takiej nadwrażliwości boli.
Nie uderzył mnie mocno, ale jakoś tak zabolało. Ukryłam twarz w dłoniach i złapałam powietrze.
- Przepraszam, mamusiu. - usłyszałam zaskoczona.
Patrzył na mnie w taki sposób, jakby bał się, czy na pewno nic mi się nie stało.
Nigdy wcześniej tego nie zrobił. Jakby zaczynał oddzielać od siebie te dwie rzeczy - potrzeby jego i moje.......

poniedziałek, 28 lipca 2014

miś przytulak czyli o pierwotnych potrzebach dziecka

Mikołajek zawsze lubił się przytulać.
To znaczy nie wiem, kiedy pojawiło się to nasze przytulanie.
Musiało po prostu być zawsze, choć nie było.
Na początku nic nie było.
Ale nie jesteśmy już, dzięki Bogu na początku.

Na skutek okołoporodowego niedotlenienia (dziękuję za to doświadczenie lekarzom, nie ma to jak trafić w piątek po południu do szpitala...)(i czekać na "pilną cesarkę z powodu niedotlenienia dziecka" trzy doby).
No więc na skutek niedotlenienia wzmocniły się niektóre cechy zespołu Smith-Magenis. Między innymi gwałtowne reakcje i brak hamowania reakcji.
Czyli kiedy Mikołajek poczuje nadmiar emocji, a jest zmęczony lub śpiący, bije, klepie, poklepuje, a nawet kopie. Czasem ze szczęścia, a czasem dlatego, że winda już dojechała na nasze piętro, a on chciał, żeby jechała jeszcze...

Dziś jednak stało się coś nieoczekiwanego, jak wiele rzeczy ostatnio...
Winda dojechała i Mikołajek się wściekł.
Próbował dać mi prztyczka w nos.
Użyłam swojej techniki unikania prztyczków w nos, czyli odsunęłam się.
Mikołajek nie był zachwycony.
Zaczął krzyczeć.
Zostawiłam go z tym, będąc obok. Poczekałam.
Krzyczał i złościł się.
Mając go na oku, wniosłam jego hulajnogę do mieszkania.
Gdy wróciłam po 10 sekundach, już nie krzyczał.
 Zamiast tego powiedział:
- Mamusiu?
Podeszłam. Rzucił mi się na szyję. Wzięłam go na ręce, choć już jest duży i ciężki.
Wtulił się całym ciałem. Jego długie nogi siedmiolatka zwisały jak nogi pająka, gdy chciał być tak blisko.
- Mamusiu... - powtarzał.
Coś zmienia się...

Rozumiecie. Jestem wzruszona. Zwykle próbował zwrócić na siebie uwagę w inny sposób. Nie chciał dotyku, nie chciał się przytulać, a jednak chciał być w centrum uwagi i akceptacji. Rzucał przedmiotami jak dwulatek albo poklepywał czy nawet mocno uderzał.
Dziś po prostu się przytulił.
Może nauczył się tego podczas moich rozmów z Danielem, gdy tłumaczyłam Danielowi, mocno przytulając go, czemu nie podobało mi się, że gania koty lub rozrzuca ziemię po całym balkonie albo pluje na lustro.
Jestem bowiem, wg psychologów, złą matką.
Bo przytulam moje dzieci nawet wtedy, kiedy coś zbroiły.
Nie stosuję kar. Nigdy nie karzę ich też deprywacją emocjonalną.
Dotyk jest pierwotną potrzebą dziecka.
Nie chce mi się powoływać na przykład dzieci w niemieckich powojennych sierocińcach, które, gdy nie były dotykane, to umierały. Badań jest milion.
Dotyk to wyrażenie akceptacji.
Instynktownie odsuwamy się od czegoś, czego nie akceptujemy.
Jeśli dziecko zachowa się nie tak, jak oczekiwali tego dorośli, to odczuwa wewnętrzny dysonans.
Dysonans między swoim ja, a ja matki/ojca.
Dziecko chciałoby być na raz sobą i jednocześnie spełniać oczekiwania starych.

Musicie to sobie zapamiętać.
TO JEST NIEMOŻLIWE

Jeśli dziecko zachowa się "nie tak", a rodzice go odtrącą, to one poczuje się nic nie warte.
Bo skoro właśnie się wyodrębniło i dostało za to karę, to dziecko uczy się ślepego posłuszeństwa.
Bez myślenia.

Dziś jeszcze raz Mikołaj wpadł w swój niekontrolowany szał i jeszcze raz potem się przytulił.
Przyjmuję Cię synku takim, jaki jesteś.
Wiem, że to czujesz.
Tylko to pozwoli nam przejść przez tę smisiowo-magenisiową chorobę cało.
Twoje poczucie bezpieczeństwa i Twoja pewność, że kocham Cię takiego, jaki jesteś.


sobota, 26 stycznia 2013

o-sobie-przypominacz

Tak, jak Paryż ma Wieżę Eiffla, Warszawa Syrenkę, a Płock Petrochemię, tak my mamy Mikołajka.
 A Mikołajek ma swój przerywnik-zwracacz uwagi-czasoumilacz czy jak kto woli o-sobie-przypominacz. O-sobie-przypominacz zaczyna się niewinnie. Najpierw jest głośne "mamotato!" - zwykle z drugiego pokoju. Czasem jest też "tatomamo!" Często jednak zdarza się też "matato!" i rzadko "tamamo"! 
Po tym efektywnym i jakże wygodnym, można powiedzieć, skondensowanym wstępie reagujemy razem lub osobno, niezależnie od tego, czy we wstępie było więcej "mamo", czy może więcej "tato" Po mamusiowym "O co chodzi, synku?"  albo tatusiowym "czego?" następuje dopiero clue programu, czyli odpowiedź czyli   o-sobie-przypominacz.

Mikołaj robi minę, jakby właśnie wlazł na Mont-Everest albo nawet wyżej. Mruży oczy, chwilę odczeka, lubując się tą chwilą, gdy starzy patrzą na niego w napięciu, po czym mówi (cokolwiek to znaczy):

- Ojtcitci!

Następuje konsternacja. A potem tłumiony w rękawie wybuch śmiechu.

wtorek, 22 stycznia 2013

jedno maleńkie słowo, a tyle radości :-)

Tak właśnie zaskoczył mnie dziś wieczorem Mikołajek! Przeczytał napis, który wyświetlił na telewizorze dekoder. A napis brzmiał  "ul", bo zaraz miała lecieć bajka o pszczółkach. Może słowo nie jest oszałamiające, ale ile daje mi nadziei... A miał nie chodzić, nie mówić...

poniedziałek, 31 grudnia 2012

w ostatni dzień roku...

W ostatni dzień roku... otwieram list, który napisałam 31 grudnia zeszłego roku. Napisałam w nim o tym, czego bym chciała w roku 2012... o tym, czego pragnę najbardziej. Dla siebie, dla Mikołajka...
Dla mojej rodziny. Pomyślałam o tym, czego chcę i przelałam na papier. Stanęłam przed swoimi potrzebami i spojrzałam na nie realnie. Nie chciałam gwiazdki z nieba. Chciałam, żeby Mikołajek szedł do przodu, chciałam spokoju... Żeby Daniel...

W każdym razie...niektóre marzenia się spełniają. Jeśli mądrze do nich podejdziesz... I nie prosisz o zbyt wiele. Jeśli potrafisz cieszyć się z małych rzeczy, takich jak promień słońca na szybie...
Jeśli umiesz pielęgnować w sercu tę iskierkę miłości po to, aby rosła i rosła...

A co udało nam się w tym roku? Co przyniósł? Jaki był?

Na początku roku urodził się Daniel. Cały i zdrowy.

Mikołajek poszedł do nowego przedszkola. Nie jest w nim zmuszany do podporządkowania się zdrowym i "normalnym" dzieciom. W nowym przedszkolu ma wszystko to, czego potrzebują dzieci takie jak on.

Zwiększyliśmy ilość zajęć terapii indywidualnej. Sprawdza się.

Zrezygnowałam z glutenu w diecie Mikołajka. Z kazeiną się nie udało, ale i  tak jest zaskakujący efekt. Mikołajek jest spokojniejszy. Mi też jest lepiej. Dieta bezglutenowa jest łatwa. Trudności mieszkają w głowach tych, którzy nie widzą innych możliwości.
Zauważyłam, że gluten dzieli. Dzieli ludzi na otwartych i zamkniętych. Dla wielu hasło "dieta bezglutenowa" stanowi tak wielką trudność, że... aż boją się zapytać, czemu mówię, że to proste.

Po wyprowadzeniu glutenu z diety Mikołajek zaczął mówić. W maju powiedział pierwszy raz "mama". Buduje proste zdania. Jest mu trudno. To prawdziwe wyzwanie. Ale mówi i jesteśmy z niego dumni. Zaczął liczyć.

Jest też lepiej z jego chodzeniem. Nie jest już taki "sztywny". Potrafi stawiać całe stopy na podłodze. Potrafi przejść też większy dystans niż kiedyś. Tak, jakby jego napięcie mięśniowe wyrównywało się.

Zmiejsza się jego autoagresja... Albo ja się do niej przyzwyczajam.

To naprawdę dużo.

Ja odnalazłam swoją drogę. Wiem jak nigdy, czego w życiu chcę. Mam głęboką świadomość swojej jasnej i mrocznej strony. Zlepiają się w jedno. Jak Yin i Yang...

Odnalazłam się też w macierzyństwie ze zdrowym dzieckiem.
To zupełnie inne macierzyństwo. Nie można porównać.

Oprócz świadomości swojej drogi, którą chcę wędrować, odnalazłam też wewnętrzny spokój. A może tylko ścieżkę, która do niego prowadzi... Jeszcze nie wiem.
Ale wiem już, jak odpowiadać na potrzeby swojego serca. I jakie są to potrzeby. I wiem też, jak stawiać granice, żeby nikt nie wchodził w butach do mojego ogrodu, na moje grządki.
Zobaczyłam też na czyimś przykładzie, że jeśli ktoś ratuje cały świat dookoła, to pewnie dlatego, że nie widzi, że sam tonie. I że najzdrowiej pilnować swojego nosa.
Zrozumiałam, czego mieli mnie nauczyć ci toksyczni, nieodpowiedzialni, trudni, którzy stanęli na mojej drodze. Im dziękuję szczególnie. To ważna nauka.
To był piękny, trudny rok. Rok akademicki, można powiedzieć, w szkole życia. Znów dużo się nauczyłam.
Poznałam wielu wspaniałych ludzi.
Z niektórymi odnalazłam się na nowo.
Założyłam bloga...

Dziękuję Wam wszystkim. Za obecność. Za słowa wsparcia. Za świadomość, że nie jestem sama. Że za ekranami monitorów, za słuchawkami telefonów, w sercach jesteście.


A teraz? A teraz siadam do pisania swojego listu... Listu, którzy przeczytam dokładnie za rok.

piątek, 14 grudnia 2012

Jak Mikołajek i Daniel zostali Strażakami

Najlepsza zabawka. Ostatnio na ciągłym topie. Prezent od Wujka Sławka. Można ją sobie wyrywać, ciągnąc za drabinę. Można sobie ją wyrywać, ciągnąc za wąż czyli strażacką sikawkę. Można krzyczeć i się złościć, kiedy któryś brat chce przeciągnąć ją na swoją stronę!














niedziela, 18 listopada 2012

Ciocia Kasia

Wczoraj Mikołajka odwiedziła Ciocia Kasia, która w lato z mężem zrobiła wspaniałą loterię na rzecz Mikołajka. Wczoraj przyniosła ze sobą mikołajkowe prezenty. Prezent dla Daniela od razu zaanektował Mikołajek, zostawiając Danielowi tylko pudełko, które wg Daniela i tak było wystarczająco fajne. A prezent dla Mikołajka zaanektowała sama, czyniąc mi i sobie popołudnie intelektualne. Puzzle z ZygZakiem McQuinnem. Mikołajek przyglądał się z zainteresowaniem, jak oddzielamy puzzle, potem jak Kasia układa, a na koniec radośnie powitał ułożone przez nią dzieło. Ten to się umie ustawić :-)








 



niedziela, 21 października 2012

spacer skąpany w słońcu

Czekałam cały tydzień. Od soboty. I weekend z Mikołajkiem nastąpił. Więc uzbrojona w przeciwsłoneczne okulary wzięłam Synków i poszliśmy na spacer. W promieniach słońca. W zapachach jesieni. W dźwiękach podrygującego ostatkiem sił końca tego okresu, po którym spadnie śnieg i czas zatoczy koło. Ale na razie na trawnikach jeszcze dywan liści, w które można wpaść radośnie. Jeszcze chuśtawki nie chłodzą pupy. Jeszcze piasek w piaskownicach niezamarźnięty... Mikołajek chce na plac zabaw. Daniel leży w wózku i ogląda jesienne niebo, które niczym nie różni się od lipcowego. Jest zaskakująco spokojny. Mikołajek niecierpliwie pokazuje palcem miejscem, dokąd się wybieramy. To plac zabaw na podwórku szkolnym, obok boiska, gdzie starsze od Mikołajka chłopaki grają w piłkę. Więc śmieje się i cieszy, bo na tym placu zabaw jest ciuchcia. Idziemy bieżnią. Piłka na boisku uderza z hukiem o ogrodzenie. Mikołajek przygląda się chłopcom. Ja przyglądam się Mikołajkowi. Zastanawiam się, czy i on kiedyś będzie grał z chłopcami w piłkę... Ale idziemy. Słońce grzeje. Z pobliskich działek dochodzą zapachy ostatniego przedzimowego grilla, bo zaraz nadejdzie listopad, a grill w listopadzie? Koło ogrodzenia rosną czerwone maliny. Zjadłabym jedną... Mikołajek zwiedza zabawki. Odwiedza chuśtawki, piaskownicę, jedną zjeżdzalnię, ciuchcię...  Trochę się nudzi, bo jest sam. Nie ma tu innych dzieci. Z Danielem grzejemy się w jesiennym słońcu. Mikołajek odkrywa drugą furtkę prowadzącą na ten plac, co ochoczo komunikuje, niczym Pomysłowy Dobromir. Myślę sobie, że to są tylko chwile, a jakie piękne. Łapię więc tę chwilę i robię w głowie duże zdjęcie. Skąpanego w słońcu, grzejącego się jak kot Daniela, szczęśliwego Mikołajka, który odkrył właśnie drugą furtkę na plac zabaw ze swoim - Acha! i mnie, uśmiechniętą, ugrzaną od słońca, rozpromienioną od kolorów, szczęśliwą w tej jednej chwili za wszystkie czasy z każdej minuty, ba - sekundy spędzonej z Synkami... Rozpromienionymi Synkami. Chwilo trwaj! - myślę z jakąś trwogą. Chwilo, trwaj... I właśnie wtedy Mikołajek zjeżdża z drugiej zjeżdżalni. Prosto w kałużę z wodą. Mokre spodnie. Zimny wiatr. Szybkie równanie w głowie. Zarządzam odwrót. Ryki krzyki niedowierzanie. Zamykam oczy. Pod powiekami fotka. Czerwone maliny za ogrodzeniem, Mikołaj odkrywa furtkę - Acha! Daniel mruży oczy od słońca...

piątek, 19 października 2012

9



 

To dziś...
Dziś o 10:04 Daniel skończył 9 miesięcy.
Potrafi już sam stać i na wszystkie sposoby siadać.
Próbuje robić kroczki.
Próbuje sam jeść, ale z tym jeszcze trochę poczekamy.
Uwielbia muzykę. Śpiewa sobie i buja się do rytmu.
Klaszcze obiema rączkami.
Przychodzi raczkując, gdy go wołam.
Bardzo głośno komunikuje potrzeby, tak, że w większości wypadków wiadomo o co chodzi.
Najbardziej chciałby pobawić się moim telefonem.
Uwielbia Mikołajka.
Zaczepia go.
Bawi się z nim.
Próbuje na nim siadać.
Porywa mu zabawki.
I lubi spędzać czas w jego towarzystwie...
Daniel, młodszy brat.


środa, 25 lipca 2012

lato w mieście

Daniel wreszcie usnął. Najpierw bardzo płakał w wózku, potem trochę mniej na rękach. Więc bujałam go i przytulałam, aż zasnął. Usiadłam na ławce. Puste miasto. Puste podwórko. Zawieszone na balkonach promienie słońca, złapane pomiędzy drgające listki osiedlowych drzew i drzewek, smagane letnim wiatrem chodniki, po których jeden z drugim biegną ziarnka piasku jak w klepsydrze... Wiatr toczy piasek po chodnikach i rozgrzanych asfaltowych alejkach mojego miasta, aby zgubić się w wiszących na balkonach dzwonkach wietrznych i wreszcie w moich kolczykach. Omija utulonego w kocyku, ukrytego w wózku Daniela, który wreszcie zasnął po długiej walce z samym sobą, w której wygrany może być tylko jeden. A przede mną plac zabaw. Mój i Mikołajka. Plac zabaw, na którym uczyłam Mikołajka trudnej sztuki chodzenia. Codziennie choć kilka kroków. Od lata do zimy, czy słońce czy deszcz... Schodek po schodku, noga za nogą... Dawne czasy.

niedziela, 15 lipca 2012

wizyta w schronie

Schron. Tak mówią Ci, co tam jeżdżą. Piszę o tych Ludziach z wielkiej litery, bo tylko tak można o Nich pisać - Wolontariusze opiekującymi się w swoim wolnym czasie porzuconymi zwierzętami, które uratowało - przyjęło schronisko w Celestynowie. A tam kojec obok kojca, tylko niewielka część psów biega luzem. Schron pachnie, a zapach poraża...
Każde uratowane przez schronisko zwierzę potrzebuje miłości, posiłku, wody i czystego miejsca do życia. Więc pracownicy wywożą taczki brudnego piachu, z sierścią i odchodami, zmieniają wodę, karmią, podsypują świeży piach, wolontariusze zaś czeszą, przytulają i wyprowadzają psy na spacery - bo psy do życia potrzebują też ruchu...
Psów jest bardzo dużo, a wyprowadzających je osób wciąż za mało, wolontariusze więc zorganizowali sobotnie spacery z psami. Każdy może przyjechać i pójść z psem do uroczego lasu, żeby zwierzak rozruszał swoje psie, porzucone przez innych ludzi, kości.

Młodziutka Maxi była nie mniej wystraszona niż Mikołajek. Gdy przyprowadzona spojrzała na nas swoim dziecięcym psim wzrokiem, musiałam ze sobą poważnie porozmawiać, że naprawdę ale to naprawdę nie ma takiej możliwości, żeby ją wziąć do domu. Mogliśmy dać jej tylko spacer. Poszliśmy więc. Rodzina dwa plus dwa plus pies...

Gdzieś w leśnych ostępach nagle Mikołajek zawołał ją po imieniu!  Może to oznaczać, że Mikołajek będzie kiedyś płynnie mówił. Bo to słowo - Maxi - imię psinki, było dla niego nowe, nigdy wcześniej go nie wymawiał. Nie ćwiczył z logopedą.  A jednak z łatwością przyszło mu wołać ją i namawiać, by wstała, gdy zmęczona spacerem położyła się na trawie, aby odpocząć... Przy pożegnaniu z Maxi jego łzy wzruszyły i mnie. No cóż, wróciła za kratki i nic nie mogłam zrobić :(





Ty też możesz wyprowadzić psa:





wtorek, 10 lipca 2012

niebieska glizda atakuje!





Oto glizda z kosmosu. Glizda zaatakowała w zeszłym tygodniu, po gościnnych występach Mikołajka w nowym przedszkolu, gdzie Mikołajek miał okazję popatrzeć sobie na podobną w wykonaniu kolegi po fachu (też ze spektrum autyzmu). Teraz glizda nas atakuje i atakuje cały czas, glizda jedna.















Na końcu okazało się, że glizda ma poobijane nogi.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

...aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa

Język giętki Mikołajka mówi coraz więcej słów, które pomyśli jego głowa. Mówi już nie, tak, tata, auto, mama, chcę, ba, ciocia, co to, kto to, piesek, kot, pani, pan i pewnie inne, które teraz jakoś mi umknęły... Ale to nie wszystko, bo Mikołajek zaczął budować zdania! A to jest absolutna podstawa każdej komunikacji! Teraz te pierwsze, nieśmiałe, trzywyrazowe... Sto razy dziennie muszę nazywać wszystkie pokazywane mi przedmioty, których nazwy z namaszczeniem próbuje wymówić Mikołajek. Myślałam, że ten etap mnie ominął... Nie ominął! Tak, muszę cierpliwie znosić te wszystkie nazwy zwierzątek, przedmiotów kuchennych, ubrań oraz innych wszystkich dostępnych w linii wskazującego palca przedmiotów. Gdy wszyscy inni kiwali głowami, ja w niego wierzyłam. Na początku nieśmiało, a potem z każdym dniem coraz mocniej. Aż usłyszałam - mmama, co to?

poniedziałek, 18 czerwca 2012

erło erło i po erło







Mimo, że Mikołajek dzielnie kibicował, wymalowany gdzie trzeba i jak trzeba, i mimo tego, że krzyczał: gyyyy  (czyli gol) i że co chwila do mnie podbiegał i pokazywał na telewizor: - mama meć... mmmmmec, to i tak żeśmy Polska biało-czerwoni konkursowo dali ciała.






środa, 13 czerwca 2012

długość dźwięku słowa mama

Mmama! - tak zakrzyknął Mikołajek kilka dni po dniu matki. Głośno i wyraźnie! Najpierw zaczął mówić auto, potem doszła mama... To tak bliskie mojemu sercu słowo pojawiło się już jakiś czas temu, ale jako bwmabwma, albo jakoś coś na kształt, ale nigdy aż tak mocno i czysto! Powiedział do mnie mama rano w kuchni kilka dni temu, ale nie byłam pewna, czy się nie przesłyszałam. Teraz mówi głośno i wyraźnie. I w kółko. I ja i on napawamy się tym cudnym dźwiękiem, tą możliwością  porozumienia bez użycia rąk, porozumienia już nie za wszelką cenę, ale po prostu. Mikołajek mówi mama i mama. Powtarza to puki nie zareaguję, wciąż i wciąż. A ja słucham i słucham i słucham i nie mogę nacieszyć się myślą, że wreszcie to się stało... A on czeka, aż ja odpowiem, a ja nie odpowiadam, nasycając się tym niezwykłym - najzwyklejszym słowem... Tyle lat czekałam na to, aż jego usta sformują się dokładnie tak... To dziwne, ale dopiero teraz czuję się w pełni matką. W środku mojego serca rośnie duma i spokój. Skoro już mówi mama - może powiedzieć wszystko! Zawsze z radością spoglądałam za dziećmi wrzeszczącymi do swoich rodzicielek - Mamo!!!! Mamusiu!!!!! a teraz mam swój własny, łapiący za serce, piękny, wydobyty już bez większego trudu dźwięk z kilku fonemów ułożonych na strunach głosowych mojego synka... Mama, z niezwykłym akcentem na pierwszą literę.

niedziela, 3 czerwca 2012

chcę bajołu!

Chcę bajołu! - powiedział z trudem, ale stanowczo Mikołajek, wręczając mi pilota.

Muszę spisać te wszystkie słowa, bo jest ich coraz więcej! Hip Hip Hurra!



poniedziałek, 28 maja 2012

macierzyństwo

Jestem mamą od jakichś pięciu lat. Próbowałam sobie przypomnieć tamten dzień, mój pierwszy dzień matki, ale nie mogę. Nie pamiętam. Zaginął w gwiazdozbiorach moich neuronów. W sieciach aksonów. W pomrokach przeszłości. Dotarłam do zdjęć. Na pewno było ciepło. 2007 to był naprawdę gorący rok.  Wykąpałam Mikołajka. Mikołajek bawił się z nami na podłodze, a raczej my z nim. Śmiał się do tatusia. To ze zdjęć. Ale... akurat tego dnia nie pamiętam. Pamiętam tylko zawieszone w powietrzu pytania, otępiającą troskę, perfekcyjną regularność w staraniach - że jak wszystko zapnę na ostatni guzik, to może jakoś od tego wyzdrowieje, że nie jest źle, że mogło być gorzej. Pamiętam kołowrót wizyt lekarskich, rehabilitacji i ćwiczeń w domu oraz głośno przeżywany żal, który poczułam pierwszy raz na korytarzach Centrum Zdrowia Dziecka, żal o to, kiedy będzie wreszcie mój czas na to cudowne macierzyństwo z powolnym przechadzaniem się z wózkiem pomiędzy drzewami parku, ciche gęganie do dziecka i całowanie pulchnych stópek, kiedy będzie ten czas na macierzyńską nudę pierwszych dni życia, na budowanie spokojnej relacji mamusia - synek, świadome patrzenie sobie w oczka i wylegiwanie się na kocykach zamiast pospiesznego karmienia, przewijania i przebierania pomiędzy wizytami to tu to tam u coraz mądrzejszych specjalistów od siedmiu a nawet ośmiu boleści.

Ja i Mikołajek - mój pierwszy dzień matki -2007 rok




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...