Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 grudnia 2012

Niekłańska, czyli powrót do przeszłości III

Moja trauma, jeśli można tak ją nazwać, wiąże się ze szpitalem na Niekłańskiej w Warszawie. Miałam tam operację. To było dawno. Dawno temu. Miałam może trzy albo cztery lata... Nie pamiętam. Mama zawiozła mnie tam i zostawiła. Inni rodzice czy babcie, czy ciocie, czy nawet tatusiowie byli przy dzieciach. Ja byłam sama. Mama wrzuciła mnie na głęboką wodę. Po trzech latach bliskości w domu, gdzie zawsze była mama, po pracy tata i babcia, zostałam w obcym, dziwnym miejscu nagle, jakby przerzucono mnie przez magiczny portal do innego świata. Byłam przerażona. Kiedy po latach dowiedziałam się, że mama codziennie przychodziła zobaczyć mnie przez szybę, coś we mnie pękło i raczej się już nie zrośnie, jednak dzięki temu doświadczeniu przerażonej dziewczynki, zamkniętej w sobie ze strachu dziewczynki, gdy moje dzieci są w szpitalu, wiem co robić, żeby nie nosiły podobnej...

Niekłańska. Trafiłam tam znów, trzeci raz. Pierwszy raz był mój. Drugi Mikołaja. Trzeci Daniela.
Jak ja w dzieciństwie i Mikołajek, Daniel ma przepuklinę brzuszną. Na razie do obserwacji, ale dr która go wczoraj oglądała, znalazła jej więcej niż ja znalazłam, liczę się więc z tym, że w ciągu najbliższego roku mogę na Niekłańską wrócić.

Operacja Mikołajka była w lutym, miał wtedy trzy lata. Było ryzyko, że się nie wybudzi z narkozy i że zostanie pod respiratorem, aż organizm sam podejmie działanie. A wszystko dlatego, że Mikołajek był wiotki. U dzieci z osiową wiotkością jest takie ryzyko i tak było też tym razem. Sama operacja w porównaniu z narkozą była prostym zabiegiem, ale ze względu na chorobę Mikołajka podjął się jej wtedy sam Ordynator. Zabieg skończył się sukcesem. Pełnym sukcesem, bowiem przepuklina u Mikołaja była tylko wstępem do poważniejszych problemów urologicznych, które za wczasu zostały zatrzymane i zooperowane.

1 lutego. Kiedy rankiem przyjechaliśmy do szpitala, było ciemno. I zimno. Padał śnieg. Pamiętam, że na Izbie Przyjęć stała jeszcze choinka... Kolejka oczekujących na planowe przyjęcie była duża i martwiłam się, że zanim przyjmą nas, głodny i spragniony Mikołajek (całą noc na czczo) dostanie takiego kota, że go nie utrzymamy. W końcu gdzieś tam poszłam powiedzieć, że mamy dziecko autystyczne, które w lęku staje się agresywne i przyjęto nas bez kolejki. Anestezjolog długo mi wyjaśniała, gdzie są respiratory i co może się przydażyć najgorszego przy wiotkim dziecku. I co wtedy można zrobić, jeśli się przydarzy. Mogła do mnie mówić godzinami, przez cienką warstwę świadomości nie przebijało się za dużo słów. Pod ową warstwą był gruby mur strachu. Przed szpitalem. Jeszcze z dzieciństwa. Ale w końcu ustaliłyśmy, że Mikołajek może mieć znieczulenie zewnątrzoponowe i respiratory oraz brak powrotu samodzielnego oddechu oddaliły się przyćmione nakłuciem lędźwiowym. Zastanawiałam się, jak to zrobią. Czy zbierze się cały szpital, czy do nakłucia będzie może potrzebne znieczulenie ogólne... To niebezpieczne znieczulenie ogólne...

Na oddziale pielęgniarki miały nieco inne podejście niż dr anestezjolog. Rodzice generalnie to ci, co zawracają dupę. Rodzice to samo zło. A dzieci jeszcze gorsze zło. Odczekaliśmy swoje godziny z wyjącym Mikołajkiem, aż zostaliśmy oficjalnie przyjęci (po zbadaniu). A potem pielęgniarki przydzieliły nam osobną salę przedoperacyjną, bowiem nagle się okazało, że rodzice mówiąc o zachowaniach swojego dziecka nie mają nierówno pod sufitem. A dziecko jest naprawdę chore.

A Mikołajek po leku na uspokojenie dostał szału, co zdarza się, jak się później okazało "dzieciom neurologicznym". Pół godziny mega jazdy, nie mogliśmy go utrzymać. Rzucał się w klatko-łóżeczku, krzyczał i wył jak opętany. Bił głową o pręty i uderzał w nie całym ciałem. Pielęgniarki patrzyły zza szyby i współczuły. Mówiły, że to przejdzie i że trzeba czekać i pilnować, żeby nie zrobił sobie krzywdy. Rodzice leżących grzecznie przed zabiegiem dzieci patrzyli na nas przez szybę dzielącą sale jak na film klasy C. W końcu Mikołajek zaczął opadać z sił. Jeszcze rzucał się w klatce metalowego łóżeczka, ale już oklapł. Wtedy zawieźliśmy go na blok. Ponieważ wciąż jeszcze krzyczał, wyjątkowo wpuścili nas za niewpuszczalne drzwi. I podałam moje dziecko ludziom w zielonych strojach, nie mniej oszołomiona niż on. Ale on powoli odpływał. Patrzył jeszcze na mnie, ale już nie widział. Krzyczał jeszcze, ale już nie krzyczał... A potem drzwi się zamknęły. Tatuś magenisiowy - totalnie spokojny. Ja rozsypana i zdenerowana, nie wiem, czy bardziej zabiegiem, czy jego stanem po głupim jasiu, czy może tym, że wróciły wspomnienia. Wspomnienia mnie samej, bez mamy. Pielęgniarek wiozących mnie długim korytarzem na salę operacyjną, mnie patrzącą na rząd jarzeniówek zawieszonych na suficie. Spieszyły się. To pamiętam. Łóżko, na którym mnie wiozły, jechało szybko, czułam się niepewnie i chciałam wstać.
 - Leż - usłuszałam i już bałam się ruszyć. Następne wspomnienie - jak migawka - jestem w zielonej sali i ktoś robi mi zastrzyk. Jest nieprzyjemnie. Nie lubię zastrzyków. Sami obcy ludzie. Boję się. Patrzę na wielkie zawieszone nad moją głową lampy. Na rząd metalu na białej chuście, jak sztućce na obrusie... Pochyla się nade mną głowa w czepku. Słyszę jak ktoś mówi  - Będę liczyć, jak policzę do dziesięciu, to zaśniesz... I ten moment, kiedy nie chcę maseczki. Kiedy próbuję się szarpnąć, wyrwać, ale jestem za mała, za słaba, a ten ktoś liczy... i walczę jeszcze z zamykającymi się powiekami, ale nie mam już siły...

No ale Mikołajek bezpiecznie odstawiony. Siedzimy z tatusiem pod drzwiami bloku operacyjnego. W środku się trzęsę. W końcu oddają nam dziecko. Wściekłe, ruchliwe dziecko. Drzwi się otwierają i widzimy, jak pielęgniarka próbuje utrzymać Mikołajka, podłączonego do różnych rurek i aparatu, na łóżku w pozycji leżącej. Ale żywotność Mikołajka zaskakuje samych anestezjologów i Mikołajek już dawno nie jest w wersji leżącej. Teraz chce już do nas. Próbuje wstać, więc znów wołają nas na blok, żebyśmy go już zabierali, bo sobie z nim nie radzą. Wychodzi Ordynator i mówi, że zabieg OK, że musiał zrobić to i tamto. Że wszystko cudnie cacy. Oprócz jednego. Mikołajek ma nietypowe tkanki. "Jak z waty" - mówi dr. Nigdy takich nie widziałem. Całkowicie inna struktura mięśni...

Wypuścili nas tego samego dnia pod wieczór. Już nie chcieli na siłę zatrzymać na dobę obserwacji. Już nie próbowali wypraszać jednego z rodziców. Kiedy znalazł się jakiś dyżurny lekarz, dostaliśmy w trybie pilnym wypis (po noszeniu na rękach wyjącego Mikołajka trzy godziny po szpitanym korytarzu, choć nie wolno). A potem wracaliśmy do domu. W śniegu. Ja w swojej dłoni trzymałam dłoń Mikołajka. W Wiśle odbijały sie światła miasta... Tunel wzdłuż rzeki, na który patrzyłam z okna szpitala, gdzie urodził się Mikołajek... Nasz most... Nasza ulica...


niedziela, 23 września 2012

tego dnia morze pierwszy raz zobaczyło Mikołajka...


A było to dawno.  W sierpniu 2008.  Mikołajek ma półtora roku. Od ponad roku w terapii ruchowej. Od miesiąca próbuje stawać i poruszać się przy przedmiotach. Mentalnie - zaczyna się przebijać przez pancerną szybę swojej choroby. Uśmiecha się do aparatu. Jest grubaśny i cudny - kiedy się uśmiecha. A uśmiecha się zawsze wtedy, kiedy nie wyje... Tęsknię za tym malutkim, pulchniutkim Mikołajkiem. Za tymi dniami, które już nie wrócą. Nigdy. Już nigdy nie będzie takiego lata...

poniedziałek, 28 maja 2012

macierzyństwo

Jestem mamą od jakichś pięciu lat. Próbowałam sobie przypomnieć tamten dzień, mój pierwszy dzień matki, ale nie mogę. Nie pamiętam. Zaginął w gwiazdozbiorach moich neuronów. W sieciach aksonów. W pomrokach przeszłości. Dotarłam do zdjęć. Na pewno było ciepło. 2007 to był naprawdę gorący rok.  Wykąpałam Mikołajka. Mikołajek bawił się z nami na podłodze, a raczej my z nim. Śmiał się do tatusia. To ze zdjęć. Ale... akurat tego dnia nie pamiętam. Pamiętam tylko zawieszone w powietrzu pytania, otępiającą troskę, perfekcyjną regularność w staraniach - że jak wszystko zapnę na ostatni guzik, to może jakoś od tego wyzdrowieje, że nie jest źle, że mogło być gorzej. Pamiętam kołowrót wizyt lekarskich, rehabilitacji i ćwiczeń w domu oraz głośno przeżywany żal, który poczułam pierwszy raz na korytarzach Centrum Zdrowia Dziecka, żal o to, kiedy będzie wreszcie mój czas na to cudowne macierzyństwo z powolnym przechadzaniem się z wózkiem pomiędzy drzewami parku, ciche gęganie do dziecka i całowanie pulchnych stópek, kiedy będzie ten czas na macierzyńską nudę pierwszych dni życia, na budowanie spokojnej relacji mamusia - synek, świadome patrzenie sobie w oczka i wylegiwanie się na kocykach zamiast pospiesznego karmienia, przewijania i przebierania pomiędzy wizytami to tu to tam u coraz mądrzejszych specjalistów od siedmiu a nawet ośmiu boleści.

Ja i Mikołajek - mój pierwszy dzień matki -2007 rok




sobota, 19 maja 2012

tadam!

Te nogi należą do Daniela, który uprzejmie skończył dziś czwarty miesiąc.



A te nogi należą do Mikołajka, którego to nogi w tamtym czasie też miały właśnie cztery miesiące.















Wniosek = chłopakom spokojnie wystarczyłaby jedna para skarpetek!
Zaskakujące, jak bardzo chłopaki są podobne do siebie i to nie tylko z powodu skarpetek...
Zaskakujące, jak bardzo chłopaki się różnią od siebie, bo okazuje się, że można jednocześnie być bardzo podobnym i bardzo innym...
Daniel rusza się za małego Mikołajka. Szaleją jego rączki i nóżki. Gada za małego Mikołajka, mówi do mnie nieustannie. Skarży się, opowiada... Muszę być ja i  tylko ja. Mikołaj był bardziej pod tym względem elastyczny. I jednocześnie bardziej nieruchomy. Położony w jednej pozycji grzecznie w niej zostawał. Nie wydawał tych wszystkich dźwięków, nie interesował się telewizją, mamą, aż tak zabawkami, w tamtym czasie, gdy Mikołajek miał cztery miesiące, świat dla niego był jeszcze miejscem za grubą, brudną szybą,  a on był uwięziony we wnętrzu siebie. Wspomnienia to piękna rzecz, ale.

wtorek, 27 marca 2012

szpital na peryferiach II - Balkon Matek

Coraz lepsza pogoda, przez to na wspomnienia mnie wzięło i przypomniało mi się, jak grzałam piegi na Balkonie Matek...

Kwiecień 2007, Centrum Zdrowia Dziecka w Międzylesiu. Jest pewnie przed siódmą rano. Koło piątej zabrali Mikołajka karetką i zostałam jak słup soli pod bramą Instytutu Matki i Dziecka. Kiedy wybrzmiały dźwięki syreny, wezwaliśmy taksówkę, pojechaliśmy po rzeczy i potem prosto do Międzylesia.

Jak tylko znaleźliśmy właściwy oddział (Patologii Noworodka), jak poparzona wpadłam do dyżurki w sali, gdzie wskazano mi, że leży "ten przed chwilą przywieziony." Spał i miał się dobrze... Rozmowy z lekarzem dyżurnym w gabinecie lekarzy. Rozmowy z lekarzem ze zmiany dziennej, który przejmował Mikołajka... Moje zmęczenie. Błyskawiczna adaptacja do nowych warunków... Szok... I wciąż ta sama myśl, która mnie opuściła dopiero po postawionej w Centrum diagnozie.. "co ja zrobiłam, po co wezwałam lekarza, teraz moje dziecko musi leżeć w szpitalu..."

Ta myśl była obłędna i w tamtym czasie potrzebna mi jak mantra lub modlitwa, pozwalająca zmienić punkt zamartwiania się, zepchnąć na plan drugi silne sygnały i ostrzeżenia o podstawowej chorobie dziecka, pozwalając wejść w tą chorobę krok po kroku, od zachłystowego zapalenia płuc w trzecim tygodniu życia, po ustalenie przyczyny tego zapalenia - wiotkości krtani i innej budowie krtani ( Smith - Magenis ) a być może i wcześniactwa, aż po skierowanie do poradni genetycznej z wizualnymi cechami aberracji chromosomów. I znów te podręcznikowe, suche teksty wyizolowanych i pozornie wypranych z empatii, młodych lekarzy: "Język jak w zespole Downa", "Budowa dłoni jak w zespole Downa", "cośtam jak w zespole Willego - Pradera", "coś tam jak gdzieś tam".

A przecież "prawie" robi wielką różnicę!

No to wpadliśmy do sali, zatrzymuje mnie pielęgniarka, zanim zobaczę dziecko, muszę podpisać wszystkie zgody, papierów jest dużo, pierwszy szokujący: "Dziecko przyjęte na oddział bez opiekunów" czy jakoś tak. W takiej sytuacji przy zagrożeniu życia decyzję podejmuje lekarz dyżurny. Na szczęście przyjechaliśmy na tyle szybko, że nie było trzeba podejmować żadnych decyzji. Przecież, gdyby pozwolili mi jechać w karetce z moim noworodkiem, mogłabym... A z resztą...

Mikołajek śpi, dostał łóżeczko pod oknem. Nie pamiętam koloru, chyba stalowe. Sala jest nowoczesna, z dyżurką. Każą mi zanieść rzeczy do "pokoju socjalnego". "Tam są szafki". W szpitalu na Czerniakowskiej pielęgniarka neonatologiczna mówiła mi, że ten pokój rodzicom oddały pielęgniarki. Żeby się nie szwędali po korytarzach poza oddziałem. Żeby nie stali pod drzwiami... Centrum Zdrowia Dziecka jest chyba jedynym szpitalem w Polsce, gdzie przy łóżku dziecka nie wolno spać matce. (!!!) Nie wolno jej nawet siedzieć z dzieckiem po 22... Można w dzień, ale i tak pielęgniarki i lekarze wciąż wypraszają. Obłęd.

Pokój socjalny nie jest duży. Szafki na rzeczy, zamykane na kluczyk. Dwa stare fotele i stolik. Kuchnia z czajnikiem, lodówką i kuchenką mikrofalową. Łazienka z prysznicem. Podłoga - do spania dla matek karmiących i tych spoza Warszawy. I balkon. Balkon Matek... Wielki taras, opasający bok budynku Centrum...

Siedziałam tam tyle razy, ucinając sobie 10 minutowe odpoczynki, gdy wypraszano mnie "na chwilę",
w słabym kwietniowym słońcu, jedząc marne, na szybko przyrządzane lub zimne posiłki, rozmawiając z innymi, niewyprasowanymi, nieświeżymi, wymiętymi matkami kiblującymi na tym oddziale od wielu, wielu dni i tygodni, palącymi w garści, żeby nie było widać, nerwowe papierosy pod karą wyrzucenia z oddziału, pijącymi swoje jednominutowe kawy i herbaty w przywiezionych z domu kubkach. Słowo za słowo. Historia za historię. Bez pocieszania i pieprzenia frazesów o trudnym świecie i bajkowych zakończeniach. O tym, co dziś zjadłyśmy i ile spałyśmy. Czy zdarzyłyśmy siusiu, zanim zmieniła się zmiana... Czy w nocy pielęgniarki zmieniły pieluchę. Jakie przyszły dziś do pracy pielęgniarki i która z dziewczyn ze zmęczenia straciła dziś pokarm... I że Julka już odłączona od respiratora. I że ojciec Michałka nie chce przyjechać. I że Asia ma już tyle zrostów od kroplówek, że chcą jej założyć wkłucie centralne... Że Jasio całą noc rzygał, Michałek miał trzy ataki padaczki, Franek zrobił zieloną fosforyzującą kupę, a u Ani usg wczoraj wykazało brak połowy mózgu.

Balkon Matek. Wiosenne słońce, kawa i dym papierosów. Miejsce cichych rozmów telefonicznych bez żadnej kary (na oddziale nie wolno używać telefonów kom). Nigdy więcej nie czułam tyle zrozumienia i będąc tak daleko, nie byłam tak blisko z drugim człowiekiem. Prawie bez słów.

środa, 22 lutego 2012

szpital na peryferiach część I

Daniel choruje. To, co Mikołaj przyniósł z przedszkola, urosło i zadomowiło się.
Z noworodkiem trzeba uważać, więc po wtorkowej wizycie lekarza zgodnie z tym,  co zlecił, pojechaliśmy z Danielem do szpitala, ale udało się na chorowanie wrócić do domu. Ufff... Jednak stare indiańskie powiedzenie brzmi - nie chwal dnia przed zachodem słońca.

Wspomnienie szpitala  nie jest tym, co tygrysy lubią najbardziej, a mamy z Mikołajkiem trochę takich wspomnień, choć są szpitale, które mile wspominam.

Jednym z nich jest szpital na peryferiach, na peryferiach Warszawy. W Międzylesiu.
Mikołaj ma trzy tygodnie. Właśnie wróciliśmy do domu ze szpitala na Karowej. Zaczyna być ładnie, jest już kwiecień. Robi się ciepło. Wiosna, młode listki na drzewach... Mikołajek wciąż nie umie pić inaczej niż z butelki. Przy każdym karmieniu krztusi się, sinieje... Podczas nocnego karmienia dławi się, zaczyna dziwnie oddychać. Wzywamy karetkę. Na dyżurze jest dr z Centrum Zdrowia Dziecka. Nie podoba jej się to, jak Mikołajek oddycha. Zawozi nas do Instytutu Matki i Dziecka, bo Międzylesie jest daleko, a Instytut blisko. Czas jest ważny. Mikołaja ogląda cała nocna zmiana. Lekarze zmieniają się jak w kalejdoskopie. Wszyscy chcą zobaczyć noworodka z cechami dysmorfii. Wykluczają bezpośrednie zagrożenie życia. Ale dla Mikołajka nie ma tu miejsca - ani jednego wolnego łóżka.

Jest nerwowo, a z drugiej strony mam wrażenie, że nic się nie dzieje. Że tracimy czas. Dzwonią po szpitalach dziecięcych. Najbardziej im zależy na umieszczeniu Mikołajka na oddziale Patologii Noworodka w Centrum Zdrowia Dziecka. Wreszcie przychodzi wielka, gruba i sympatyczna pielęgniarka z kocykiem i zabiera mi dziecko. Mówią, że nie możemy z nim jechać i że zabierają go do Centrum Zdrowia Dziecka. Jest piąta rano. Wybiegam za karetką. Wrażenie jedyne w swoim rodzaju. Karetka odjeżdża na sygnale. Stoję pod bramą szpitala i w geście bezradności próbuję śledzić jej trasę. Jest świt. Wycie syreny dudni między budynkami. To nie przypadkowa karetka, która akurat przejechała obok. To syrena karetki, którą jedzie moje dziecko, a ja nie mogę być teraz z nim...

CDN

czwartek, 2 lutego 2012

Kot w pustym mieszkaniu...

Dawno, dawno temu,  gdy byłam w klasie pierwszej liceum, pani od polskiego - czyli nasza wychowawczyni klasy o profilu humanistycznym kazała nam przygotować gazetkę ścienną, tak na dzień dobry. O poetach polskich. Moje koleżanki przygotowały gazetkę. Na pierwszym miejscu dumnie wisiał portret naszej Noblistki. Koleżanki podpisały go "Wiesława Szymborska". Nie pamiętam, czy to młodzieńcze wykroczenie przeciwko wartościom narodowym skończyło się pałą dla całej klasy, ale ja do końca życia zapamiętam to niezwykłe imię nawiązujące do mojej ukochanej rzeki, w której bliskim sąsiedztwie urodziły się ja i moje dzieci... A potem okazało się, że niezwykłe imię nosiła niezwykła osoba, której zabraknie...

W tym smutnym dniu został "Kot w pustym mieszkaniu"... Nic bardziej wymownego...

Wisława Szymborska

Kot w pustym mieszkaniu

Umrzeć - tego się nie robi kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.

Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.

Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.

Do wszystkich szaf się zajrzało.
Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.

Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
O żadnych skoków pisków na początek.

środa, 18 stycznia 2012

zgaduj zgadula czyli konkurs specjalnie na prośbę Dokuro!

Już niebawem tłusty czwartek :-) Mikołajek uwielbia pączki - ma to na pewno po mamusi.

Wspomnienie o zeszłorocznych pączkach :-)
Na zdjęciu Mikołaj rąbiący pączki u dziadka w zeszłoroczny tłusty czwartek.
Pytanie konkursowe brzmi: Który to pączek? Dodam, że to nie pierwszy, ale ostatni ;-)

Do wygrania  niezwykle cenna nagroda - rysunek Mikołajka :-)

sobota, 14 stycznia 2012

...witamy w prawdziwym świecie...

Pogoda była taka jak dziś, tylko że marzec. Wiatr, zimno i szaro-buro. Prawie wiosna, a jednak... Mikołaj urodził się w poniedziałek. Ale zanim nastąpił poniedziałek, był jeszcze piątek, sobota i niedziela, które przesądziły o wielu rzeczach, których dziś pewnie by nie było. Ale czasu nie mogę cofnąć. Dziś nauczyłam się żyć z tymi wspomnieniami. Akceptować to, że nie mogę już niczego zmienić.

Piątek 16 marca 2007 godzina 8 rano. Bartek przywiózł mnie na Karową. Jestem w 35 tygodniu ciąży, wg lekarzy wszystko pod kontrolą, tylko od początku ciąży mam skurcze. Zjadam tonę hormonów, no- spe, fenoterol i isoptin. Jestem częstym gościem na Izbie Przyjęć, gdzie rządzą położne. Położnymi na Izbie Przyjęć rządzą humory i jakieś niezwykłe dla zawodu, w którym pracuje się z ludźmi, poczucie wyższości.

Ale cofnijmy się w czasie o miesiąc. W 30 tygodniu ciąży trafiam na Karową  ze skurczami porodowymi. Do tego momentu byłam już tam wiele razy. Nikt nie uznał za potrzebne zrobienia mi bardziej skomplikowanych badań ponad morfologię i usg tak zwanego płodu, a nawet wziąć mnie do szpitala na obserwację, choć leżę od początku ciąży bez ruchu, a skurcze są - od początku. Będzie bez nazwisk, choć by się przydały - ku przestrodze. Wielki ekspert z Karowej od usg, zamieniający się w prywatnej lecznicy w miłego doktora nie zauważył zmian w obrazie główki płodu. Więc leżę na Karowej na Izbie Przyjęć pod ktg, piszą się regularne skurcze. Obok mnie w tym samym gabinecie siedemnastolatka bezskutecznie błaga sympatyczną  młodą panią doktor o aborcję, a na korytarzu rodzi kobieta.
- U nas nie ma miejsca, znaleźliśmy coś na Madalińskiego, niech pani jeszcze nie rodzi i czeka na karetkę...Może przyjedzie jakaś z miasta, bo  nasza się zepsuła. Jest za wcześnie, żeby pani rodziła.

O podróży karetką i szpitalu na Madalińskiego nie będę pisała. Jednak tam lekarz stażysta przy zwykłym usg odkrył wylewy II stopnia i zmianę wielkości komór mózgu Mikołajka - charakterystyczną cechę w zespole Smith-Magenis.  Dwa tygodnie później szanowny pan doktor z Karowej wyśmiał to badanie. W badani usg  po urodzeniu potwierdziła się wersja lekarza stażysty z Madalińskiego...

 W 30 tygodniu Mikołajek się nie urodził. Chodzę co tydzień na ktg. Wg lekarzy wszystko w porządku. W 35 tygodniu leżę na cotygodniowym ktg na Karowej. - Będzie pani rodzić - mówi położna. Znów się piszą skurcze. Jest 16 marca, akceptuję ten fakt, data mi się podoba.

Leżę w sali "Migdałowej", która jest chyba pistacjowa. Nie dają mi jeść, nie pozwalają wstawać. Czytam ukochaną książkę Żerdzińskiego o alierynie "Opuścić Los Raques" i czekam w bezruchu. Podłączają kroplówkę, skurcze się wyciszają. Zapis ktg nieprawidłowy. Tętno Mikołajkowi spada, czasem do zera. Wśród lekarzy i położnych cisza. I tak przez trzy dni. Do poniedziałku. Czekam na wnioski od lekarzy, wypytuję, jedyna odpowiedź - wszystko w porządku, tak może być. Komuś trzeba zaufać, ja się na tym nie znam, ale niepokoi mnie to. Zmieniające się obok na łóżku pacjentki budzą mnie w nocy - ej, nie ma tętna, włączył się znów ten alarm. Płaski wykres. Za każdym razem tętno powraca i alarm wyłącza się.

Przez dyżury przewija się słynna w całej Warszawie położna A., wynajmowana za duże pieniądze do porodów. Nie lubi mnie, bo oczekiwałam, że po kilku godzinach wycia mojej pompy zmieni mi kroplówkę i raczyłam zadzwonić dwa razy dzwonkiem w odstępach półgodzinnych. " Tu się nie dzwoni" - poinformowała mnie oschle. "Trzeba czekać, ja nie mam czasu".  Nie  polubiłyśmy się. Podczas CC zrobiła wszystko, żebym przez przypadek nie czuła się człowiekiem. Choć słyszałam, że na płatnych porodach jest miła i nie stoi tyłem do rodzącej.

Zmiany w zapisie ktg na nikim nadal nie robią żadnego wrażenia. Nie jem, nie mogę wstawać. A wszystko "na wszelki wypadek". Na jaki wszelki wypadek, skoro niby wszystko w porządku? Waga dziecka w usg 2800 gramów. Ciąża żywa zachowana. Świt w poniedziałek 19 marca. Może 6-7 rano. Przychodzi nowa zmiana. Doktor Issa Traore. Dziękuję Panie Doktorze, mógłby Pan pokazać wszystkim, co to jest człowieczeństwo i "rodzić po ludzku". Przy nim też spada tętno Mikołajka. Zarządza natychmiastową cesarkę. Wszystkim innym lekarzom przez trzy doby to nie przeszkadzało. Czyżby za granicą ludzkie życie jest cenniejsze? Ale na Karowej nic nie dzieje się "natychmiast". O 8 rano przyszła pani doktor i przyniosła mi śniadanie.
- Nie będę nic jadła, jestem od trzech dni na czczo. Mam mieć zaraz cesarkę.
- Nie ma pani żadnej cesarki, proszę to zjeść, bo już za długo pani nic nie je. Tak nie wolno.
Po śniadaniu przyszedł anestezjolog i odmówił znieczulenia, bo zjadłam. Czuję się jak na w "Procesie" Kafki.

Mikołajek urodził się o 14:47, 19 marca 2007.

Pamiętam tylko jego dotyk,  dopiero co urodzonego, gorącego, gdy pielęgniarka przyłożyła mi go do policzka. A potem go zabrali. Nie było przy nim mamy, choć pewnie potrzebował.

Podczas porodu Bartek czekał pod blokiem operacyjnym. Nikt go nie zawiadomił, że ma synka, choć wcześniej prosił. Mikołaj dostał 10 punktów Apgar. Z obrzękiem ciała, bez prawidłowego oddechu, z hipotonią osiową, szmerem serca, otwartym botalem, zakwalifikowany jako wcześniak, brak odruchów, których później uczyli go terapeuci. Pozwolili mi go zobaczyć dopiero następnego dnia.


Mikołajek kilkanaście minut po urodzeniu. Zobaczę go dopiero następnego dnia.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...