Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sny mamy magenisiowej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sny mamy magenisiowej. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 listopada 2014

bezsenność czyli bezsilność

Jest takie jezioro z mojego dzieciństwa, które śni mi się czasem.
Bardzo różnie mi się śni. Czasem wpada do oceanu. Czasem jest rzeką. Czasem nie ma w nim wody.
Czasem mogę w nim pływać, a czasem na nim, statkiem lub łódką. Czasem prowadzi do niego długa stroma droga, a czasem nie.
Mam sny nawet wtedy, gdy mało i krótko śpię.

Jest 23:43. Kilka minut temu wstał Mikołajek, który usnął o 18:17.
Przespał 5 godzin czyli tyle, ile ja zwykle śpię.
Jest jak skowronek.
A ja właśnie chcę iść spać.
Bo ledwo widzę na oczy.
Bo jestem zmęczona i tak dalej...

To są te chwile, kiedy jestem bezsilna.
Jest jeszcze za mały na to, żeby został teraz sam i sam organizował sobie aktywność do rana.
Co robić?

Ja i tatuś magenisiowy jesteśmy bardzo zmęczeni bezsennością Mikołajka.
Od nowa więc się za to zabieram.
Od nowa robię dziennik snu i plan nowych działań.
Potrzebne są specjalne rolety w całym domu, które sprowadzą ilość światła wpadającego nad ranem do ilości poniżej 50 luksów.
Potrzebna lampa do fototerapii.
Potrzebny czas, żeby to wszystko ogarnąć.
I siły, żeby nie paść na nos.

I jeszcze te pytania, które wpadają do mojej głowy....
Czy Mikołajek ma sny?
Czy śnią mu się wspomnienia?

Na zachodzie bezsenność w zespole SM próbują leczyć farmakologicznie: risperidonem - to pierwsza myśl każdego psychiatry. Melatonina - to druga. Acebutonolol to trzecia - nie zawsze w tej kolejności. Risperidon jest neuroleptykiem, odpada. Są doniesienia, że nie jest to lek bezpieczny dla architektury mózgu jak wszystko, co ingeruje w neuroprzekaźniki. Melatonina? Ta opcja już była przerabiana, ale może warto znów do niej powrócić, choć w innej postaci. Acebutonolol wywoływał jeszcze większą senność w dzień a bezsenność w nocy. I trzeba było robić badania kardio co miesiąc, wymagające współpracy Mikołajka niechcącego współpracować.

Czuję, jak narasta ból głowy. To ze zmęczenia. Mikołajek czyta książkę o kotku i je jabłko. Przynajmniej tyle, że w pewnych sprawach jest już samodzielny.
Jak żyje się bez snu? Różnie. Bardzo różnie.
Teraz wypróbujemy fototerapię.
Rodzice dzieci z USA piszą mi, że fototerapia nie działa.
Nie wiem.
Zobaczymy.
Kończę piec bułeczki bez glutenu i idę spać.
Na posterunku zostaje niezawodny tatuś magenisiowy.



sobota, 30 sierpnia 2014

obraz panoramiczny

Miałam wczoraj sen, sen, który zapamiętałam...



W moim śnie były wszystkie cztery żywioły. 
Była woda - czysta i brudna. 
Był ogień - płonęły domy, 
z kłębiącym się ponad dachami czarnym dymem i jęzorami płomieni wychodzącymi z dziur okien, 
ale i ciepłodajne ogniska. 
Był wiatr w przestworzach, gdy leciałam, który gonił chmury. 
Była ziemia, po której stąpałam twardo, na której leżały trupy i która rodziła zboże. 
We śnie byłam młoda. Mogłam wszystko ;)
Zstąpiłam na ziemię po długiej podróży jakimś dziwnym środkiem lokomocji, którym była kawiarnia (!!!) pełna znudzonych, zajętych lub nieszczęśliwych ludzi. 
Tak bardzo było tam nudno, że postanowiłam stamtąd odlecieć. 
Więc otworzyłam drzwi i poleciałam!
Spacerowałam po mieście renesansu. 
Z przewodnikiem, który odnalazł mnie podczas mojego lotu. 
Wciąż bolała mnie głowa i dał mi apap ;)
Oglądałam, jak ludzie na Uniwersytecie tworzą wynalazki, niczym Leonardo da Vinci. 
Żeby rozwinąć ludzkość.
A za oknami była wojna domowa i zamieszki.
Płonące barykady i zielone, spokojne ogrody...
Jadłam pyszne jedzenie obok szkiców epokowych projektów.... 
Latałam po niebie. Wśród chmur. 
Patrzyłam, jak w cyklu życia i śmierci obraca się Ziemia. 
Płonęły domy, budowały się domy. 
Padał deszcz, aby napoić zielone pola na horyzoncie. 
Wstawał dzień i umierał dzień... 
Był ze mną ów Stróż - Przewodnik. 
Towarzyszył mi, pilnował i chronił, a mimo wszystko byłam wolna i samodzielna.

To był piękny, kolorowy, panoramiczny sen. 
Sen o życiu. 
O jego cyklach i kolejach.
 O zmianach. 
O stratach i zyskach. 
Metafora za metaforą... 
Mogłam na to patrzeć i podziwiać piękno życia z dystansu. 
Ten sen był niczym obraz wielkich twórców. 
Pełen mądrości starych ksiąg i tybetańskich mnichów. 
Pełen szczegółów. 
. Pełen postaci, z których każda znaczyła nic i wszystko... 
Pełen tego ulotnego stanu, w którym możemy być przez jedną krótką chwilę o nic się nie martwiąc.
Bo wszystko, co przychodzi, jest takie, jak trzeba. 
Jest po coś. 
To był sen o przyjmowaniu rzeczy takimi, jakimi są.
Był też malarz, który namalował ten sen. 
Ja. 




Poprzedniego dnia przyszła do nas  wiadomość. 
Tatuś magenisiowy stracił pracę.

piątek, 6 czerwca 2014

nie czytajcie tego wpisu czyli sen o lęku

Najlepiej tego wpisu nie czytajcie.
Nie czytajcie.
Piszę go raczej dla siebie. Żeby zobaczyć. Poczuć. Zrozumieć.
Może dzięki temu coś wymyślę zawczasu.

Lęk jest nie tylko mój. Należy do miliona matek na Ziemi. Matek, których dzieci są chore, upośledzone, mają autyzm lub inne choroby, w których do końca życia są zależne od drugiej osoby.
Ostrzegam lojalnie, nie czytajcie, bo będzie bardzo strasznie. Jak to w niektórych snach...

Śniło mi się, że Mikołajek wreszcie poszedł do szkoły.
Poszedł i nie wrócił.
Zwykle wracał sam (nie wiem, czemu we śnie wracał sam, ale w tym śnie właśnie tak było - ja w jego wieku wracałam sama z kluczem na szyi).
Mieszkaliśmy gdzieś indziej, w domu, z którego okien było widać szkołę. W moim starym domu.
Mikołajek powinien już z niej wrócić.
Niepokoiłam się.
Krzyk pod drzwiami, jakieś głosy, chichoty i moje serce zatrzepotało i zdrętwiało. Zanim wyszłam na korytarz, był tam już Mikołajek.
Pobili go chłopcy ze szkoły i "podrzucili" pod dom...
Miał pobitą, spuchniętą buzię.
Leżał pod drzwiami, a w rączkach trzymał oprawki okularów, w których nie było już szkieł, więc paluszki wiły się wśród oprawek, próbując się na nich zacisnąć.
Płakał. Bał się, że pomyślimy, że zbite okulary to jego wina.
Pobili go starsi chłopcy ze szkoły, bo był od nich inny.
Nie bronił się, bo inaczej rozumie świat. Nie ma w nim chęci władzy i przemocy... Podąża.

Zanim wezwałam pogotowie, patrzyłam, jak jego palce wciąż zaciskały się na pustych oprawkach okularków rowerków.

Czuję to jeszcze w tej chwili. Tę bezsilność... Ten lęk. Jak zapewnić bezpieczeństwo mojemu choremu dziecku? Lęk o przyszłość...
Każdy znajdzie w tym lęku coś dla siebie, prawda?

A jednak.

Nie mówiłam?
Nie czytajcie...

Konfrontacja z własnym lękiem jest pierwszym krokiem do ogarnięcia go. Przeżycie związanych z nim emocji... Określenie ryzyka, możliwości, zagrożeń i zalet wszystkich tych rozwiązań, które, jeśli dokładnie określisz lęk, pojawią się... Prędzej czy później... pojawią się...

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

relax - nothing is under control

Takie informacje od Wszechświata do mnie przychodzą.
Otwieram facebooka.... albo czytam książkę kulinarną, a tam cały rozdział o tym.

Jak mawiają starożytni Indianie, każdy ma tę samą ilość uderzeń serca... więc po co przyspieszać obroty, skoro i tak wszystkiego nie możemy ogarniać. Nie da rady...

Dziś miałam sen.
Sen o tym, że tak naprawdę kontrola jest jedną z tych rzeczy, których nie ma. Łudzisz się, że zarządzasz światem, a tymczasem on sobie sam sobą zarządza. Owszem. Potrzebne są Twoje decyzje w obszarze zerojedynkowym "zamykam na coś serce" oraz "otwieram na coś serce". Pulsacyjny rytm energii, jak powiedzieliby Chińczycy...
Ale do rzeczy.
Zanim zrozumiałam, o czym jest ten sen, minęło kilka minut. Zanim pojęłam, co sama do siebie mówię tym snem, pojawiło się trochę uczuć i emocji...

Sen był bajecznie kolorowy i wyraźny. HD. Dolby Surround. Z muzyką. Piękną i kojącą. Taką spokojną...
Byłam z magenisiowym tatusiem oraz naszymi dziećmi w jednej z tych dużych galerii ...

Wymazany czekoladowymi lodami Mikołajek, których mu nie kupiliśmy... (złamana dieta)
Zagubiony Daniel, który wcale się nie zgubił (moja panika, bo porywają dzieci w hipermarketach)
Babcia, której tam z nami nie było, ale była i kupiła Mikołajkowi te lody, choć nie wiedziała, dlaczego (w realu nigdy by ich nie kupiła)...
Wizyta na pierogach w restauracji bez pierogów za to ze stłuczonym przeze mnie wazonem...(klasyka, słoń w składzie porcelany, wpadam na ściany nawet tam, gdzie ich nie ma lub do jedynej na całej ulicy kałuży)
A potem wsiedliśmy do samochodu, żeby wrócić do domu, a dzieci... jak to we śnie - to była już inna część. Dzieci czekały na nas na dworcu (!).
Byliśmy nad morzem. Błękitne wody zatoki odbijały promienie słońca.
Pierogarnia była wysoko, na jakimś wzgórzu, więc zaczęliśmy jechać drogą - serpentyną na skałach w dół.
Tatuś magenisiowy za szybko jechał, za szybko wziął zakręt... samochód spadał wzdłuż jadącej w dół drogi. Prosto na skalisty brzeg.
Wiedziałam, co się dzieje.
W radio leciała ta piękna muzyka...

Uczucie tęsknoty za dziećmi...
Ta miłość, która już nie znajdzie ujścia...
Ten czas, który się skończył.


źródło



Dziękuję.
Wciąż jeszcze o tym zapominam.




środa, 14 listopada 2012

to jest mój sen

To jest mój sen, sen, który mi się nie podoba. Takie sny, które mi się nie podobają, mam zazwyczaj w niedzielę nad ranem. W związku z tym tydzień rozpoczynam z lekkim niepokojem.

W tym śnie była straszna wojna albo coś w tym stylu. Zimna woja, może domowa. Wszystko było pozamykane. Pustki na ulicach. Pusto na sklepowych półkach. Gdzieś zniknęli wszyscy mężczyźni. We śnie byłam/czułam się jakoś tak...samotnie. Wszystkim kobietom odebrano dzieci (nie byłam przy tym, to się stało wcześniej, przed akcją snu). To było tak masowe, że nie broniłyśmy się. Powiedziano nam, że dzieci muszą być bezpieczne i dlatego trzeba je gdzieś przewieźć, odizolować... To spowodowało naszą ogromną bezsilność. A potem znalazłyśmy się w jakimś ośrodku wczasowym, w stołówce leżały materace dla nas, kobiet, do spania. Przyszli ludzie w białych kitlach, lekarze albo naukowcy. Rozdawali nam specjalne maski do oddychania, że niby w nocy będzie rozpylane coś przez kogoś, co może nas zabić. Od razu wiedziałam, że to bujda, ściema, nieprawda. Że to oddychanie przez maseczkę spowoduje naszą śmierć. Chciałam o tym powiedzieć innym kobietom, ale jeden z tamtych ludzi - naukowców tak na mnie spojrzał, jakby czytał mi w myślach. Bałyśmy się ich. Gdy przechodziłam przez jakiś korytarz, wykręciłam z tej maski pojemnik z rzekomym lekarstwem/filtrem/czymś tam. Czułam, że będą chcieli nas eksterminować. Bałam się, że to samo zrobili już z dziećmi i mężczyznami. Obezwładniała mnie bezradność moja i siedzących w milczeniu w stołówce na materacach kobiet. Facet rozdający materace nagle stanął w innym świetle, tym wpadającym przez otwarte drzwi. Przyjżałam mu się uważnie. Miał ostro zakonczone elfie uszy i zółtą cerę, jakby miał żółtaczkę. Szafirowe oczy... Inwazja obcych!

Pustka po dzieciach... Absolutna nieświadomość, gdzie są, co się z nimi dzieje... Ewolucyjny ból... Skarga miłości... Tęsknota... Nie wiem czemu, ale coś mi mówiło, że one żyją, że są gdzieś blisko i wystarczy tylko odkręcić ten pochłaniacz w masce, żeby uciec i odszukać je... Więc przygotowałam się. Ale zanim we śnie nadeszła noc, tu już był dzień. 5:30. Daniel wstał i zaczął dzień od swojego dadada...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...