niedziela, 30 września 2012

kartki z podróży #3

12 sierpnia 2012

Biegam boso po koniczynie. Z Mikołajkiem. Tu można.

Dziś morze pierwszy raz zobaczyło Daniela. I piąty raz Mikołajka. Dziś jednak morze nie było takie łagodne jak zwykle. Nie było jednolitą taflą zakończoną szumiącą pianą fali. Dziś nieco się wzburzyło. Przybrało kolor złotbrunatnozielony, jak moje oczy. Jak oczy Daniela. Na horyzoncie ostro wyrosło masztami i kominami statków.

Mikołajek szalał. Gdy doszliśmy do linii lasu i usłyszał jego szum, ukrytego za wydmami, wpadł w panikę, myśląc, że morza już nie ma, że gdzieś się schowało. A morze było. Tylko dalej, za uniesioną w niebo linią wydm czekało na niego, pieniąc się, podobnie wzburzone jak Mikołajek.

Wyjęłam Daniela z wózka. Bacznie rozejrzał się, aż napotkali się wzrokiem. Daniel i morze. Tego dnia morze pierwszy raz zobaczyło Daniela. Położyłam Daniela na piasku, chwytał go zachwycony w swoje małe rączki, z fascynacją pierwszego razu przyglądając się, jak się z nich wysypuje. A potem ruszył w kierunku fal. Piasek i woda pochłonęły go całkowicie.

Cztery lata temu Mikołajek jeszcze nie chodził. Wtedy dwa razy starszy od Daniela, przeżywał swoją fascynację piaskiem, morzem, nadmorskim wiatrem... Taką samą, a jednak zupełnie inną...

sobota, 29 września 2012

sedes

Kiedy magenisiowy tatuś przywiózł wczoraj dziecko z przedszkola, miało w rączce to - czyli sedes.
Sedes w autorskiej wizji pań z przedszkola i wykonaniu Mikołajka wywołał we mnie takiego zonka, że radośnie postanowiłam się nim podzielić. Tak więc - dzielę się z Wami sedesem!
Scan jest średniej jakości, a kolor biały sedesu uzyskany przez zwinięte w małych rączkach fragmenty papieru toaletowego. Co za polot! ;-)



niedziela, 23 września 2012

tego dnia morze pierwszy raz zobaczyło Mikołajka...


A było to dawno.  W sierpniu 2008.  Mikołajek ma półtora roku. Od ponad roku w terapii ruchowej. Od miesiąca próbuje stawać i poruszać się przy przedmiotach. Mentalnie - zaczyna się przebijać przez pancerną szybę swojej choroby. Uśmiecha się do aparatu. Jest grubaśny i cudny - kiedy się uśmiecha. A uśmiecha się zawsze wtedy, kiedy nie wyje... Tęsknię za tym malutkim, pulchniutkim Mikołajkiem. Za tymi dniami, które już nie wrócą. Nigdy. Już nigdy nie będzie takiego lata...

sobota, 22 września 2012

nowa perspektywa

Nowa perspektywa. Zabrzmiało nieco filozoficznie. A będzie, jak zwykle, o życiu. O naszym codziennym życiu. Jeszcze kilka dni temu wydawało mi się, że zamknęła się przede mną przyszłość. Że nic już się nie zmieni. Że Mikołajek będzie do końca życia nieuleczalnie chory w ten swój oderwany od rzeczywistości, nieżyciowy, destrukcyjny sposób. I przy całym uroku życia z Mikołajkiem, na skutek jego wycia, krzyków, buntu w sprawie jedzenia, ubierania, picia, spania, sikania, niebudzenia Daniela i ogólnie życia na zwykły sposób - a nie na sposób Mikołajka oraz generowanych przy okazji decybeli, byłam gotowa sama wejść w kokon jak jedwabnik i zniknąć.

Zniknąć ze świata. Zaszyć się z dziećmi w domu i samotnie znosić ilość decybeli i Mikołajkowe awantury. Nie kontaktować się ludźmi - którzy w więkoszści i tak się nie kontaktują. Nie współistnieć z nimi w życiu, w zawodzie, w sklepie, a jeśli już w sklepie, to w ciemnych okularach i ewentualnie w kaputrze. Doła miałam. Na skutek męczących wakacji oraz gwałtownego zanurzenia w nowej rzeczywistości nowego porządku /zmiana przedszkola/. Dziś jednak nabrałam nowej, dłuższy czas nie widzianej perspektywy, a w związku z tym - nadziei... Nadzieja matką głupich, jak powiadają ci bardzo mądrzy. Ale co tam. Odblokował mi się meridian serca i złe myśli mnie opuściły. Na pewno nie na zawsze. Grunt, że dziś.

A to dlatego, że w czwartek spotkaliśmy się z nowym terapeutą prowadzącym Mikołajka. I że będziemy wprowadzać nowe, inne sposoby reagowania na wyjąco-niszczącą komunikację naszego synka. Na razie jeszcze nie wiem, jak to będzie i co to będzie. Ale ZNÓW daje mi nadzieję...

czwartek, 20 września 2012

najlepsze kasztany są na placu ... czyli jak zamieniłam ukochane płatki wielozbożowe musli na...

Idzie jesień. Wielkimi krokami. Dzieci zbierają kasztany i robią z nich bardzo różne rzeczy. Ja za czasów wczesnej młodości tworzyłam ludzki. Przy własnoręcznym tworzeniu dziury konstrukcyjnej w kasztanie szpikulcem zrobiłam dziurę w dłoni. Prawie na wylot. Już nigdy więcej nie konstruowałam niczego z kaszatanów. Niech robią to bardziej utalentowani technicznie...
Mikołajek znalazł dziś dwa kasztany i przyniósł do domu. I właśnie w związku z kasztanami - zrobiłam duże odkrycie. Płatki musli kasztanowe.
Ale skoro o musli, to płatki muszą w czymś przecież pływać. Mikołajek pięknie mówi - mleko. I  lubi mleko. Tyle, że nie pije - bo wiadomo. Dieta i te sprawy. No a wciąż i w kółko molestuje mnie o płatki i mleko (on wymawia "mleto"). Odkąd nauczyłam go jeść pełnoziarniste musli, to w zasadzie stały się jednym z jego ulubionych posiłków. No ale dieta bezglutenowa. I bezmleczna. Musli odpada. Na szczęście znalazłam płatki z kasztanów. Zdrowe. Słodkie. Chrupiące. Bio. Do tego suszone morele, pestki słonecznika i co tam jeszcze komu w duszy gra...

 
 
BEZGLUTENOWE MUSLI DLA MIKOŁAJKA
 
 
 
Na noc namocz garstkę ziarna słonecznika i/lub dyni. Namoczone zmieszaj z pokrojonymi, też lekko namoczonymi suszonymi na słońcu morelami, dodaj płatki kasztanowe  i posyp prażonymi płatkami migdałów. Możesz zjeść z mlekiem kozim - nie zawiera kazeiny, a o tę nieszczesną kazeinę tu chodzi, albo z sojowym (nie lubię) albo z czym chcesz, sokiem lub wodą. Na sucho też niezłe.
 
Płatki kupuję tu.
 
Mikołajek mówi - Smacznego :-)
 
A tu można sobie poczytać o kazeinie i glutenie.

środa, 19 września 2012

osiem

Osiem jak osiem miesięcy. Osiem miesięcy temu naszym w miarę uporządkowanym życiu pojawił się Ktoś. Nie byle Ktoś. Daniel się pojawił. I wszystko, co było poukładane, trzeba było zacząć układać od nowa... Dziś, po ośmiu miesiącach już się go nauczyłam. Wiem, kiedy jest głodny, kiedy spragniony, kiedy znudzony, kiedy ma za dużo, kiedy za mało, kiedy pielucha...
Siedzi prosto. Raczkuje po całym mieszkaniu. Próbuje stawać przy przedmiotach. Wszystkich zaczepia, wydaje demoniczne dźwięki, i cudnie świadomy swoich potrzeb idzie do celu. Żadnych kompromisów. Żadnych negocjacji. Wie, czego chce. Od pierwszych godzin życia.




Osiem miesięcy temu Mikołajek musiał zacząć dzielić się nami z Danielem. Jest zazdrosny. Walczy o uwagę, choć wcale nie musi... Przetrwamy... Czy te oczy mogą kłamać?

niedziela, 16 września 2012

komunikacja

Byłam dziś z dziećmi na placu zabaw... Daniel słodko spał, przykryty burzowymi chmurami. Mikołajek bawił się z dziećmi. Krążył wokół nich jak satelita, podbiegał, skracał dystans, odbiegał. Dzieci bawiły się razem. A to huśtały na wielkiej huśtawce, a to zjeżdzały na zjeżdżalni, wymieniając masę słów i komunikatów. Rozumiały się i dobrze bawiły. Czytały sobie z ruchu warg, z pozycji sylwetek i rozumiały się... Mikołajek za nimi podążał. Po prostu. Czasem wchodził im w paradę. Przeszkadzał. Wtedy mówiły mu, co ma robić, gdzie stanać. Jak się poruszać, żeby dotrzymać im tempa. Robił, co mówiły. Po swojemu. Czasem zagubił się, odbiegł dalej. Potem odnajdował się, znów pragnąc być w grupie. Niczego mu nie brakowało. Wszystko rozumiał. Poruszał się w rytm tych wszystkich dziecięcych zabaw, zupełnie tak, jak trzeba. Dopasowywał i miał swoje pomysły. Nie mógł jednak ich przekazać. Brakowało mu dziś tylko jednego. Nie mówił.

Pierwszy raz zachłysnęłam się znaczeniem słowa "komunikacja" jakieś naście lat temu. Jakbym odkryła, że ziemia jest okrągła a nie płaska i że komunikacja to podstawa ludzkiego rozwoju. Zaczęłam się uczyć, co to znaczy "skutecznie komunikować". Poznałam wartość mówienia o swoich potrzebach w sposób zrozumiały. Poznałam wartość pytań w komunikacji. Poznałam znaczenie słowa "nie" i zaczęłam go używać. Zaczęłam rozumieć, jak buduje się komunikacja. Jak można ją tworzyć jednym spojrzeniem, ruchem dłoni. Jak wiele możemy wyczytać z drugiego człowieka, nawet jeśli milczy.

Ja czytam Mikołajka. Rozumiem każdy pisk i każdy ton wycia. Wiem, skąd się bierze. Tłumaczę te dźwięki. Rozumiem. Kto jeszcze zrozumie je tak dobrze? Kto będzie w stanie się ich nauczyć? Kto weźmie pod uwage to samo, co serce matki? Że Smith-Magenis, to mroczne alter ego Mikołajka, to tylko maska przykrywające moje ukochane dziecko... Że świetnie komunikuje się ze mną. (No dobra, może 'świetnie' to zbyt wiele powiedziane...)

Dużo straciliśmy na tej Mikołajkowej komunikacji - ja matka, on syn... Nasza relacja budowała się inaczej, wolniej, trudniej... Brakowało Mikołajkowego kontaktu wzrokowego, on patrzył, ale wszystko zostawało jakby w środku, brakowało jego reakcji na bodźce, w pierwszych tygodniach, czy nawet miesiącach reakcji na mnie, na matkę... A potem gaworzenia, pierwszych słów, zdań.... Było tylko wycie, mój i jego płacz z bezsilności. Dopiero od niedawna Mikołaj woła 'Mama". Jeszcze jestem nie przyzwyczajona, jeszcze nie zawsze kojarze, że to właśnie mnie woła moje dziecko...
Jak trudno żyć z dzieckiem zamkniętym za jakąś tajemniczą szybą, szybą, której nie można zbić... Można tylko czekać, aż kiedyś, przy mojej całej energii i zaangażowaniu ten mały ktoś zbije tę piekielną szybę i zacznie żyć.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...