Jestem poruszona.
Właśnie to do mnie przyszło, więc o tym napiszę. Tu i teraz, choć sprawy leżą jedna na drugiej.
Kilka dni temu, w okolicznościach późno nocnych, a nawet wczesno dziennych, trochę pod kołdrą, aby nikogo nie obudzić, oglądałam wywiad z matką zdrowego malucha, Samuela, który również był obecny na spotkaniu i biegał po studiu radośnie.
Pan redaktor z wyglądu fartucha lekarz zadawał owej mamie pytania dotyczące jej życia i przekonań. Każdorazowo po otrzymaniu odpowiedzi robił się coraz bardziej zaskoczony.
Pytania szły mniej więcej tak/mogłam użyć innych sformułowań/pamięć mnie czasem zawodzi:
- Czy ciążę monitorował lekarz?
- Nie, to naturalny proces, nie wymaga lekarza.
- I mówi pani, że urodziła w wannie?
- Tak sama urodziłam.
- Nie było położnej? O.o
- Nie, obecny był tylko ojciec Samuela. To naturalny proces, należy słuchać siebie, intuicji...
- O.o [...]
- W życiu kieruję się miłością, nie strachem, dlatego ufałam, że wszystko będzie tak, jak powinno być....
A może ujęła to inaczej, ale tak pozostało w mojej pamięci.
I brzmi w moim sercu, jak tybetańska misa.
Wszystko fajnie jeśli nie ma powikłań. Rozumiem, że dla niej takie zachowanie było oczywiste i ma do tego prawo. Jednak skoro mamy dostęp do medycyny czemu nie zadbać o swoje i swojego dziecka dobro. W moim przypadku niestety podczas porodu nastąpiło kilka powikłań i skończyło się cc. Chociaż miałam super położną i sama byłam dobrze nastawiona. Myślę, że wiara w to że będzie dobrze jest ok ale czemu temu nie pomagać. ..
OdpowiedzUsuńMuszę powiedzieć, że to, co w całym wywiadzie zwróciło moją uwagę, to to jedno jedyne zdanie o lęku versus miłości. Było odpowiedzią na od dawna nurtujący mnie proces nieskończonych pytań, które u mnie skończyły się właśnie taką odpowiedzią, więc jakbym usłyszała swoje własne myśli. Samodzielny poród losowy w wannie to jedynie kontekst tej kobiety, tamtej matki, nic z mojego ogródka. Mnie poruszyło tylko to zdanie, a kontekst o tyle jest ważny, że sama widzę w życiu, że kierując się lękiem, sprowadzamy na siebie inny lęk. W tym wpisie nie chodzi o poród, o medycynę, o placentę. Mi nie chodzi. Mi chodzi tylko o to, co jest co może być siłą napędową do życia, a co może nią nie być.
UsuńRozumiem. Myślę, że to jest prawda. Tylko jak to osiągnąć nie odkryłam do dziś. Zawsze martwię się na zapas i wiecznie wymyślam czarne scenariusze, plany awaryjne na wszelki. Z takim podejściem chyba już trzeba się urodzić.
OdpowiedzUsuńPodobno dla każdego jest szansa... :)
UsuńBałabym się rodzić bez asysty mimo tego iż wiem, że wiedza i nastawienie potrafią zdziałać cuda. Właśnie dlatego poród bez asysty nie jest dla mnie, bo mógłby być zbyt dużym stresem, a ten jak wiadomo hamuje akcje i powoduje komplikacje przy porodzie. Patryka jak wiesz rodziłam w domu, położne ledwo dojechały. Cudowne przeżycie.
OdpowiedzUsuńCo do ostatniego zdania... Mnie też będzie brzmiało jak tybetańska misa. Lęk napędza lęk, złość napędza złość. Tak samo jest z miłością. Choć to nie jedyny wyznacznik...
OdpowiedzUsuń