Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mama magenisiowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mama magenisiowa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 marca 2016

dzień kobiet

Mikołajek, doskonale przygotowany w szkole do "Dnia Kobiet", od rana w samochodzie planował i dyrygował, gdzie podjechać i zatrzymać się po drodze, aby kupić "kobietom" kwiaty albo inny "prezent", czego się bardzo domagał. Ponieważ nie było w planach zatrzymywania się po drodze, doszedł do wniosku, że sprawę załatwi w szkole z Wujkiem Michałem (Nauczycielem). Dopytany, kim są te "kobiety", które chciałby obdarować, wymienił jednym tchem Panią Paulinę i Panią Anitę - ulubione NauczycielkiEmotikon heart Dopytany przeze mnie, czy zna jeszcze inne kobiety i czy - być może - zalicza się do nich także mama, dyplomatycznie zamknął temat, udzielając mi stosownej odpowiedzi - "Mama to mama!" 

piątek, 11 kwietnia 2014

dziękuję, po prostu dziękuję

Kochani!
Dziękuję za Waszą pomoc.
Dostaję wiele zapytań o 1%. Tak! wciąż zbieramy :-)
Zbieramy, żeby Mikołajek mógł pójść do normalnej szkoły,  ale bez własnego prywatnego cienia nie będzie szans, aby mógł uczyć się w klasie integracyjnej.

WSZYSTKIE SZKOŁY INTEGRACYJNE, DO KTÓRYCH SIĘ ZWRÓCIŁAM O MOŻLIWOŚĆ UCZENIA SIĘ TAM MIKOŁAJKA, ODMÓWIŁY POMOCY, TŁUMACZĄC SIĘ BRAKIEM WARUNKÓW LUB MOŻLIWOŚCI, choć został zakwalifikowany przez orzecznika oraz psychologów do nauki w systemie integracyjnym (ale o tym jeszcze napiszę, jak nabiorę dystansu do tematu. Jeszcze nie nabrałam...)
Może się uda, żeby cieniem była nieoceniona Pani Grażynka...

Pytacie, jak można mi pomóc, a ja się wzruszam. Czasem lecą mi łzy, tak po prostu, właśnie ze wzruszenia, bo dziś też kilka osób do mnie napisało i pytało, jak przekazać 1%...

Gdy Mikołajek będzie mógł, sam Wam Wszystkim z serca podziękuje.
Teraz robię to w jego imieniu, ale także w swoim, bo Wasze pytania, wsparcie, pomoc daje mi nadzieję.
Ja wierzę w Mikołajka.

Nie wiem, czy wszyscy wiedzą, ale jestem coachem.
Na co dzień pracuję z ludźmi.
Często z takimi, którzy do niektórych spraw stracili serce i nadzieję, że coś się zmieni.
Ja jednak w nich bezwzględnie wierzę, wierzę, że ich potencjał i ich możliwości doprowadzą ich tam, gdzie czasem dopiero szukają drogi. A wszyscy szukają tego samego - szczęścia, spokoju, harmonii i miłości.
Tak samo wierzę w Mikołajka. Wierzę też dlatego, że czuję Wasze oparcie.
Wierzę, że jego potencjał i jego możliwości sprawią, że kiedyś po prostu będzie szczęśliwy...

Dziękuję.
Po prostu dziękuję.
Również za to, że Wy w Niego wierzycie <3



poniedziałek, 10 marca 2014

tęsknimy za Ciocią Grażynką i nagle skończyły się ferie...

Przepłakałam po ludzku ten i zeszły weekend.
Łzy same mi leciały i choć w każdej chwili do Cioci Grażynki mogę zadzwonić, to nie to samo.
Co rano jeszcze czekam, że przyjdzie. Ale nie przyjdzie.
Więc w tym smutnym rozstrojeniu zaczęliśmy weekend i ferie.

Ferii Mikołajek dostał tylko tydzień, ale za to to był ciężki tydzień ;) a mianowicie spędziliśmy ferie w szkole!
Tak, w szkole!
Temat szkoły to ja jeszcze szeroko opiszę, bo chyba sama założę szkołę dla takich dzieci, jak Mikołajek, ale zanim szkoła, to jeszcze ferie :-)

Przypadkiem, podczas odwiedzin jednej ze Szkół (napiszę może - kolejnej ze szkół) dostaliśmy się do projektu kompleksowej rehabilitacji. Cały tydzień ferii jeździliśmy na trwające do południa zajęcia całą rodziną, która niechętnie brała udział w zabawach metodą Weroniki Sherborne, ani Knillów... To znaczy ja i tatuś magenisiowy braliśmy udział chętnie. Niechętnie zaś Mikołajek (no tak na pół gwizdka, z autorską wersją wielu zadań) i bardzo niechętnie Daniel, który szczerze mówiąc chętniej sam by poprowadził zajęcia, a polegałby wtedy na ganianiu się po sali i krzyczeniu oraz mówieniu "Nie!".

Program jeszcze trwa i jeszcze bierzemy w nim udział. Udział w projekcie zaowocował poznaniem nowych osób o podobnych doświadczeniach i innych doświadczeniach  - ale to zawsze nowa porcja wiedzy.

Ja sama jestem pod ogromnym wrażeniem Szkoły i Osób, które ją prowadzą oraz współpracujących terapeutów. A ta szkoła to Niepubliczna Szkoła Specjalna przy Fundacji Pomocy Ludziom Niepełnosprawnym...

Prawdę mówiąc program, do którego się dostaliśmy, dał nam rodzinnie dużo frajdy i mam takie wrażenie, bardzo nas zbliżył, choć po zajęciach byłam wypompowana jak nigdy... Gdyby jeszcze kiedyś coś, to ja baaaardzo chętnie, a o poszukiwaniach szkoły dla Mikołajka to ja jeszcze napiszę... Oj napiszę...

piątek, 17 maja 2013

bagnolie

Czas odświeżyć całkiem świeże wspomnienia - bagnolie!
A było to tak, że w długi weekend majowy wybraliśmy się do Ogrodu Botanicznego jak co roku zobaczyć magnolie, które są jedyne na świecie i muszę na nie zerknąć co roku, gdy kwitną, aby podładować baterie - na cały rok.
Tę krótką historyjkę zamieściłam już na fejsbuku, ale....

Botaniczny Ogród. Idziemy sobie razem całą czwórką. Nagle zza rogu wybiega długowłosa blond na oko czterolatka i krzyczy do mamy gdzieś z tyłu: - Mamo zobacz! Jakie tu kwiatki!
- To magnolie - odpowiada mama.
- Bagnolie? - wrzeszczy w głos. - Ojej, ile tu bagnolii!!!!!

No ale zanim dotarliśmy do tych bagnolii, miałam nieodparte wrażenie, że jednak nie zobaczę ich w tym roku. A czemu? A temu...

A temu, że poranek zaczął się o 5 rano, od wycia. Mikołajek wył na przemian z Danielem. I odmawiał jak leci, po kolei, a to umycia zębów, a to ubrania się, a to zjedzenia śniadania, a to... W końcu z tych nerów zasnął, ale dokładnie wtedy, gdy Daniel się już obudził, a my byliśmy gotowi do wyjścia. Jednak udało się. Zobaczyłam moje magnolie. A moje magnolie zobaczyły mnie.
















piątek, 5 kwietnia 2013

Mikołajek i podarty kapeć

Udało mi się dziś odebrać Mikołajka z Magicznej Busoli. To są dla mnie zawsze ważne momenty, gdy możemy wrócić razem. Przez wenecką szybę widziałam, jak maluje papugę i przykleja do niej piórka. A potem jak bawi się z Paniami w zabawę z kolorami. Udało mu się znaleźć w sali większość brązowych przedmiotów - a zaczął od sukienki Pani Ani ;-) Rozmawiałam z terapeutą zajęciowym. Mikołajek idzie do przodu. Zrobił teraz duży krok i zaczyna liczyć oraz sylabizować podwójne sylaby. To są zawsze dobre wiadomości... Jego uśmiech. Jego spontanicznie rozdawane buziaki. Jego wściekłość, gdy okazało się, że jednak dziś nie przyjechał tata. Jego radość, gdy odkrył, że przyjechała mama i zrobiła mu niespodziankę.  Buziaki i skok na szyję. Jego dwusylabowe pomruki podczas drogi do samochodu. Jego senność w samochodzie i głośna złość na parkingu. Podarty kapeć, który niosłam w plastikowej torbie - do reanimacji, może uda się zaszyć, bo to ważny kapeć, kapeć z ZygZakiem McQuinnem... Śnieg, który padał, padał, padał, jak mokry całun pokrywając cały świat i ukrywając moje łzy, łzy wzruszenia, że możemy iść do samochodu za rączkę, ja słuchać jego wykrzykników. On - mówić do mnie - mamo! I rozkładać rozkosznie ręce, że przez tę hałdę roztapiającego się śniegu, która stanęła nam na drodze, nie da się przejść...


Zaglądam przez wenecką szybę.                                                                                                                                                         Mikołajek właśnie namalował papugę i zaraz będzie przyklejał jej piórka :-)                                                                                        A papuga - następnym razem :-))) Tymczasem Mikołajek buja się na krześle.

czwartek, 28 marca 2013

przygoda mamy magenisiwej - migdałowy król

Przygody, jak widać, nie trafiają się tylko Mikołajkowi. W poniedziałek tatuś magenisiowy chciał mi zrobić niespodziankę i kupił mi prażone migdały. I jadłam ja sobie te migdały z błyskiem w oku, gdy nagle jeden z nich zrobił  "myk" i wbił się w mój ząb. A mój ząb wbił się częściowo w siebie. A przynajmniej jedna połowa, bo druga tryumfowała znad dziąsła. Zastanowiłam się, czy to już ten obiecany koniec świata, bo ból był konkretny. I nie przestawał. Nasilał się. Więc następnego dnia rano poczyniłam działania w celu wyjaśnienia, o co temu zębu chodzi. Się wyjaśniło, że jednak będzie potrzebna interwencja chirurgiczna, ale trzeba poczekać. No to druga noc z głowy. I w środę, dzięki uprzejmości i pewnym rękom Cioci Dorotki, Najlepszej Przyjaciółki Zębów, udało się wreszcie dokonać dzieła wiekopomnego. Wielkiego Pożegnania Zęba. W bólach. Z szyciem. Z takim malutkim dłutkiem. I takimi maluśkimi szczypcami czy co tam było... Ehhh.... Przykładam do policzka lód. A Mikołajek tylko na niego czyha, bo niebieski lód w woreczku jest w towarem szczególnym. Leczy lepiej niż okłady z konika (przytulanka). Leczy lepiej niż okłady z chusteczki do nosa. I nawet lepiej od plasterka. Dlatego od dwóch dni przy każdej wywrotce czy rzekomym uderzeniu się o coś trwają negocjacje o niebieski woreczek z lodem. A pewnej nocy, jeszcze przed tą przygodą, gdy wstałam czegoś się napić, znalazłam ów niebieski woreczek leżący w kuchni, roboczo zawinięty w ściereczkę. Metodą dedukcji oraz badania śladów doszliśmy do faktu, że Mikołajek obudził się, jak co noc. Po pobudce uznał, że jest ranny albo coś w tym guście i wyjął z zamrażalnika lód. Dobrze, że zamknął zamrażalnik... 
A teraz idę przyłożyć sobie do policzka ów lód, ale kiedyś Wam opowiem, jaką przygodę mieliśmy z zębem Mikołajka. I z nerwosolem...

wtorek, 19 lutego 2013

mama tata Mikołaj brat

Dziś Daniel skończył rok i miesiąc. W zeszłym tygodniu świętowaliśmy jego Pierwszy Roczek rodzinnie i bardzo oficjalnie. Był bezglutenowy, czekoladowy tort. Zimne ognie serwowane prosto z tortu i dużooo radości. Na zdjęciu z Mikołajkiem składamy Danielkowi życzenia. Wniósł w nasze życie coś nowego i niezwykłego. Mikołajek jest wyraźnie szczęśliwy, że ma brata. Jego spontaniczne buziaki i dbałość o Daniela jest zaskakująca. Liczy do czerech: "Mama Tata Mikołaj Brat"... a ostatnio mówi - "Daniel"  To jest teraz jego porządek. Zupełnie nowy porządek :-)


 



piątek, 15 lutego 2013

...

Nie zauważyłam, że spadł śnieg.
Nie zauważałam, że dzień jest dłuższy.
Nie zauważyłam, że Daniel wyrósł ze spodni.
Nie zauważyłam, że Mikołajek...

Sen jak patchwork, łączony z kawałków, po północy, gdy przed 01.00 skończę pracę, aż do świtu...
Jedzenie - jeśli pamiętam.
Picie... jeśli wyschną usta.
Odpoczynek... Relaks... Wolny czas... Czasem, zasypiając wspominam ten czas, gdy jeszcze czytałam książki, ale nie jedną stronę w poczekalni u dentysty... Tak, kiedyś oglądałam filmy... Chodziłam do kina... Żyłam takim spokojnym, przeciętnym życiem.
A teraz o świcie zwinięta w kulkę przykrywam głowę kołdrą na jeszcze trzydzieści sekund, a potem tylko stalowe termosy sal konferencyjnych, zimne butelki niegazowanej wody i tęskne spojrzenia za okno, gdzie hen w oddali w domu bawią się dzieci...  Moje dzieci....

Być jedynym żywicielem rodziny... W dzisiejszym bezwzględnym świecie... Ze świadomością, że rehabilitacja tylko do maja, bo potem...   Ciężar, który przekracza moje możliwości. Weszłam w fazę wycieńczenia. Łykam rzeńszeń. Tęsknię za słońcem.

środa, 16 stycznia 2013

pierwszy roczek

 Dokładnie 12 stycznia zeszłego roku założyłam blog "Przygody Mikołajka". Od tego czasu byliście tu 17048 razy, na facebooku pojawiło się 79 "lubiących" Przygody Mikołajka, jest też 21 zarejestrowanych obserwatorów. Pojawiło się też 459 komentarzy! Mogliście poznać bliżej Mikołajka i jego przygody przez duże P. Jego i moje codzienne zmaganie z rzeczywistością, która nijak ma się do jego choroby. Nie pasuje. Nie chce czekać na nią tramwaj. Nie chce przestawić się dzień na noc, a noc na dzień. Nie chcą zrozumieć jej inne dzieci. A nawet inni dorośli. Czasem nawet ci bardzo bliscy... Ale niezależnie od obcego dla większości ludzi języka, którym mówi ta trudna i straszna choroba, nasza rzeczywistość jest i muszę ją ogarniać.Ogarniam ją więc tak, jak umiem najlepiej i dziękuję za wsparcie, jakie od Was dostaję. A piszę, bo lubię pisać. To jest ten moment w moim życiu, który daje mi spokój, dystans i wytchnienie. Kiedy piszę, to jest jak lot balonem. A może, gdy piszę, to trochę jest tak, jakbym była wielkim, białym smokiem, który leci wysoko nad światem i rozkoszuje się tą krótką chwilą wolności, gdy można rozłożyć skrzydła... i ze spokoju wysokości obserwuje, co dzieje się tam. Na dole. Obserwuje z dystansu. Wśród pierzastych, różowych chmur. Wśród promieni słońca, a częściej w świetle gwiazd...
Ja piszę. Dziękuję, że czytacie :-)
Kto ze mną zdmuchnie pierwszą świeczkę?





niedziela, 13 stycznia 2013

biedroneczki są w kropeczki

Jak wiadomo są w kropeczki biedroneczki. Te piękne biedronki przyszły do mnie na pocztowych nóżkach 31 grudnia zeszłego roku (tak! to był zeszły rok) i są świąteczno-noworocznym prezentem od firmy SuziArt, której właścicielka Agnieszka tworzy niepowtarzalną biżuterię. Sytuacja o tyle niezwykła, że to jeden z niewielu prezentów jakie dostałam w tym roku, a Agnieszka wraz z SuziArt wspiera Mikołajka.



Dziękuję :-) Obok motyli i pająków  - biedronki są moimi ulubionymi robaczkami :-)

czwartek, 3 stycznia 2013

trzęsienie ziemi

Znany ze swojego niezwykłego reżyserskiego podejścia Alfred Hitchook mawiał, że należy zacząć od trzęsienia ziemi, a potem powinno się stopniowo zwiększać napięcie. Tak też zaczął się nasz Nowy Rok 2013. Przywitałam go szczególnie. Trzymając w dłoni stópkę śpiącego Daniela. Mikołaj spał spokojnie w swoim łóżeczku, nie przeszkadzały mu strzały wystrzały. Danielowi, póki go trzymałam za nogę, też nie... Pierwszy raz Mikołajek nie oglądał fajerwerków, choć piękny widok za naszym oknem pozwala zobaczyć fajerwerki z prawie całego miasta. Po prostu spał, a obok huczało.

Wracając do trzęsienia ziemi... Właśnie od niego się zaczęło. Tatuś magenisiowy dostał wiadomość, że z pracy w dużej bezpiecznej korporacji nici, Mikołajek oblał się wrzątkiem, ale po wstępnych badaniach i oględzinach okazało się, że nic oprócz lekkiego zaczerwienienia na stopie się nie stało, a teściowa zadzwoniła z życzeniami noworocznymi "Żebyś się uśmiechała"... Dziwne to były życzenia. Np taki Joker uśmiechał się cały czas...






pics on Sodahead

czwartek, 8 listopada 2012

wyróżnienie


 
czyli Matka Kwiatka
 
obdarowała mnie następującym wyróżnieniem.
Dziękuję w swoim imieniu i w imieniu Mikołajka,
bo w pewien ważny sposób on też pisze tego bloga...
 
Dziękuję jeszcze raz. Piszę prosto z serca...
 
 
 
Zasadą wyróżnienia jest wyróżnić inne blogi tak, aby wieści o nich poszły dalej w świat.
Z braku czasu niewiele teraz czytam, ale zawsze wracam do trzech, nie licząc pięknego bloga prowadzonego przez Matkę Kwiatka, której też należy się ode mnie takie wyróżnienie za pewne wyczulenie duszy, które jest bliskie mojemu...


A więc:

Mama Doskonała, Anjami, która snuje opowieść o swoim życiu, a ja czytam jak dobrą powieść prawdziwej matki Polki, która jadła chleb z niejednego pieca, powieść o życiu podobnym i niepodobnym do mojego, bardzo mi bliska...

Pen, która ma pióro obdarzone pewnym ulotnym poczuciem humoru, który do mnie trafia nie mniej niż szata graficzna jej bloga. Nawet gdy pisze o rzeczach smutnych czy dla niej nieprzyjemnych, jej podejście pomaga mi przetrwać moje małe dramaty.

I wspaniały blog Moniki
Wielki Dziennik Sukcesu
inny od poprzednich.
WDS to po prostu blog o prawdzie, której poszukuje w swoim życiu autorka.
Lubię tam zaglądać.
Zawsze mnie do czegoś zainspiruje, pozostawi temat do myślenia,
choć czasem mam inne podejście czy poglądy na dany temat.

I jak to napisała Matka Kwiatka
- absolutnie nie czytajcie! ;)


piątek, 26 października 2012

kiedyś się znajdę

Taki mam plan - kiedyś się znajdę. Nawet nie oto chodzi, że się zgubiłam. Bardziej o to, że jakoś wciąż w ciągu dnia są dwa niewymownie duże priorytety - Mikołaj i Daniel, w różnej kolejności. I jakoś doba nie chce się rozciągnąć, skubana, więc się ze sobą mijamy - ja i ja. Na razie mogę pisać, bo Daniel bawi się rurką od nebulizatora... Tak. Mamy mały kataklizm... Daniel zrezygnował ze snu na korzyść zębów. Swoich zębów. Rośnie mu jedynka jak pierwiosnek. A Mikołajek... Kaszle. To jeszcze nie koklusz, ale rzęzi jakby wypalał cztery paczki fajek dziennie. No i od środy siedzi w domu. Stawiałyśmy z Ciocią Grażynką mu bańki. Jeszcze posiedzi. Więc muszę znaleźć czarną dziurę do innego wymiaru albo wyczarterować gdzieś wolny czas... Bo tu dla mnie nie ma czasu. Ani minuty. Ani sekundy... Więc jeden rzęzi, a drugi wrzeszczy. Po kolejnej nieprzespanej nocy nagle odkryłam domagającą się uwagi moją główną potrzebę. Niech się dzieje co chce. Ja idę spać. Bo wanny nie mam... a najchętniej wpadłabym do pachnącej piany z kieliszkiem czewonego wina (odpada - karmię Daniela), słuchając the Cinematic Orchestra i usnęła we wrzątku (podobno nie wolno, bo grozi zawałem). No to tyle w kwestiach formalnych. Idę czytać Synkom bajkę z kubkiem gorącej herbaty z imbirem przy angielskich piosenkach dla dzieci. "The weels on the bus..."

niedziela, 21 października 2012

spacer skąpany w słońcu

Czekałam cały tydzień. Od soboty. I weekend z Mikołajkiem nastąpił. Więc uzbrojona w przeciwsłoneczne okulary wzięłam Synków i poszliśmy na spacer. W promieniach słońca. W zapachach jesieni. W dźwiękach podrygującego ostatkiem sił końca tego okresu, po którym spadnie śnieg i czas zatoczy koło. Ale na razie na trawnikach jeszcze dywan liści, w które można wpaść radośnie. Jeszcze chuśtawki nie chłodzą pupy. Jeszcze piasek w piaskownicach niezamarźnięty... Mikołajek chce na plac zabaw. Daniel leży w wózku i ogląda jesienne niebo, które niczym nie różni się od lipcowego. Jest zaskakująco spokojny. Mikołajek niecierpliwie pokazuje palcem miejscem, dokąd się wybieramy. To plac zabaw na podwórku szkolnym, obok boiska, gdzie starsze od Mikołajka chłopaki grają w piłkę. Więc śmieje się i cieszy, bo na tym placu zabaw jest ciuchcia. Idziemy bieżnią. Piłka na boisku uderza z hukiem o ogrodzenie. Mikołajek przygląda się chłopcom. Ja przyglądam się Mikołajkowi. Zastanawiam się, czy i on kiedyś będzie grał z chłopcami w piłkę... Ale idziemy. Słońce grzeje. Z pobliskich działek dochodzą zapachy ostatniego przedzimowego grilla, bo zaraz nadejdzie listopad, a grill w listopadzie? Koło ogrodzenia rosną czerwone maliny. Zjadłabym jedną... Mikołajek zwiedza zabawki. Odwiedza chuśtawki, piaskownicę, jedną zjeżdzalnię, ciuchcię...  Trochę się nudzi, bo jest sam. Nie ma tu innych dzieci. Z Danielem grzejemy się w jesiennym słońcu. Mikołajek odkrywa drugą furtkę prowadzącą na ten plac, co ochoczo komunikuje, niczym Pomysłowy Dobromir. Myślę sobie, że to są tylko chwile, a jakie piękne. Łapię więc tę chwilę i robię w głowie duże zdjęcie. Skąpanego w słońcu, grzejącego się jak kot Daniela, szczęśliwego Mikołajka, który odkrył właśnie drugą furtkę na plac zabaw ze swoim - Acha! i mnie, uśmiechniętą, ugrzaną od słońca, rozpromienioną od kolorów, szczęśliwą w tej jednej chwili za wszystkie czasy z każdej minuty, ba - sekundy spędzonej z Synkami... Rozpromienionymi Synkami. Chwilo trwaj! - myślę z jakąś trwogą. Chwilo, trwaj... I właśnie wtedy Mikołajek zjeżdża z drugiej zjeżdżalni. Prosto w kałużę z wodą. Mokre spodnie. Zimny wiatr. Szybkie równanie w głowie. Zarządzam odwrót. Ryki krzyki niedowierzanie. Zamykam oczy. Pod powiekami fotka. Czerwone maliny za ogrodzeniem, Mikołaj odkrywa furtkę - Acha! Daniel mruży oczy od słońca...

środa, 19 września 2012

osiem

Osiem jak osiem miesięcy. Osiem miesięcy temu naszym w miarę uporządkowanym życiu pojawił się Ktoś. Nie byle Ktoś. Daniel się pojawił. I wszystko, co było poukładane, trzeba było zacząć układać od nowa... Dziś, po ośmiu miesiącach już się go nauczyłam. Wiem, kiedy jest głodny, kiedy spragniony, kiedy znudzony, kiedy ma za dużo, kiedy za mało, kiedy pielucha...
Siedzi prosto. Raczkuje po całym mieszkaniu. Próbuje stawać przy przedmiotach. Wszystkich zaczepia, wydaje demoniczne dźwięki, i cudnie świadomy swoich potrzeb idzie do celu. Żadnych kompromisów. Żadnych negocjacji. Wie, czego chce. Od pierwszych godzin życia.




Osiem miesięcy temu Mikołajek musiał zacząć dzielić się nami z Danielem. Jest zazdrosny. Walczy o uwagę, choć wcale nie musi... Przetrwamy... Czy te oczy mogą kłamać?

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

jak herbata to tylko ze szklanki

jak herbata to tylko ze szklanki to tytuł bloga, którego właścicielka niedawno ogłosiła literacki konkurs, który to konkurs z zaszczytnym miejscem trzecim udało się nam wygrać - mnie i Mikołajkowi.
Opowiedziana przeze mnie historia była cytatem z pewnej niedawnej rozmowy z moim synkiem.
A wygraliśmy z Mikołajkiem miejsce na reklamę naszego bloga :-)

Dziękujemy, Herbato Ze Szklanki (ja piję tylko z kubka!)




piątek, 3 sierpnia 2012

koszmar z ulicy wiązów czyli sny mamy magenisiowej

Odkąd Mikołajek przesypia noc, to jest bardzo w tym śnie niespokojny. Od kiedy są rolety po prostu zaczął spać, a jak zaczął spać, to zaczął śnić. Krzyczy. Rzuca się. A już kiedy jest upał, to sen Mikołajka przypomina Wielką Pardubicką.

Koszmary nie omijają też mnie. Dziś też miałam sen, z gatunku koszmarów, ale nietypowy. Ostatnio, gdy Daniel i Mikołajek już śpi, "szyję" biżuterię. Kiedyś się pochwalę, jak już będzie czym. I w tym śnie właśnie kupowałam kamienie do tej mojej biżuterii. Byłam na wielkim targu, gdzie można było kupić rozmaite, kolorowe kamyczki, koraliki i szkiełka. Targ był szary i ludzie byli szarzy, oprócz Joanny - bo na tym targu spotkałam moją koleżankę, która tworzy piękne rzeczy, niezwykłe rzeczy, pełne jej energii i piękna pod szyldem Co ja narobiłam. Dawno Cię nie widziałam i cieszę się, że choć we śnie mogłam Cię spotkać, piękna duszo! Też kupowała coś do swoich bransoletek i naszyjników. A ja szukałam zielonych kamieni. I znalazłam. Wracałam z nimi do domu, ale okazało się, że dom jest bardzo daleko i że muszę lecieć samolotem. Zanim urodził się Mikołajek, kilka razy leciałam samolotem. Uwielbiam to uczucie wznoszenia się, ono jest jedno jedyne w swoim rodzaju. Można się udławić adrenaliną. Ale boję się latania, a może bałam się? W każdym z dotychczasowych snów samolot, którym leciałam, spadał i choć byłam cudownie uratowana, to jednak strach i inne emocje były prawdziwe. I ten moment, kiedy w powietrzu coś się działo, gdy ludzie wpadali w panikę, gdy gasły światła. Nawet raz śniło mi się, że patrzyłam na samolot, który spada, ale ostatkiem sił robi wbrew fizyce kółko dookoła własnej osi jak na kreskówkach i ląduje opierając się o skrzydła. Teraz jednak byłam w środku. Padał straszny deszcz i w suficie samolotu zrobiła się dziura. Lała się przez nią deszczówka. Było jasne, że samolot spada. W jednej chwili jednak panika przerodziła się w spokój, pomyślałam bowiem "Miałam piękne, wartościowe życie, tyle się nauczyłam. Kochałam i byłam kochana... Jeśli to teraz nastąpi, to nastąpi. Nie mam na to wpływu." I wtedy samolot bezpiecznie wylądował, a ja się obudziłam, bo Daniel bardzo płakał.

Zdaje się u Wikingów był taki obrzęd dla wojowników, którzy szli do walki. Kładli się i przez całą dobę umierali. Mieli wyobrazić sobie swoją śmierć i pogodzić się z nią. Potem wstawali i szli do walki. Ci, co przeszli obrzęd, byli niepokonani.

niedziela, 15 lipca 2012

o! wygrałam konkurs :D

Spieszę z informacją, że niespodziewanie wygrałam konkurs u Mamy Doskonałej :-)
Dziękuję szanownemu jury. Szczegóły TU.
Mikołajek będzie miał swój pamiątkowy obrazek!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...