czwartek, 28 marca 2013

przygoda mamy magenisiwej - migdałowy król

Przygody, jak widać, nie trafiają się tylko Mikołajkowi. W poniedziałek tatuś magenisiowy chciał mi zrobić niespodziankę i kupił mi prażone migdały. I jadłam ja sobie te migdały z błyskiem w oku, gdy nagle jeden z nich zrobił  "myk" i wbił się w mój ząb. A mój ząb wbił się częściowo w siebie. A przynajmniej jedna połowa, bo druga tryumfowała znad dziąsła. Zastanowiłam się, czy to już ten obiecany koniec świata, bo ból był konkretny. I nie przestawał. Nasilał się. Więc następnego dnia rano poczyniłam działania w celu wyjaśnienia, o co temu zębu chodzi. Się wyjaśniło, że jednak będzie potrzebna interwencja chirurgiczna, ale trzeba poczekać. No to druga noc z głowy. I w środę, dzięki uprzejmości i pewnym rękom Cioci Dorotki, Najlepszej Przyjaciółki Zębów, udało się wreszcie dokonać dzieła wiekopomnego. Wielkiego Pożegnania Zęba. W bólach. Z szyciem. Z takim malutkim dłutkiem. I takimi maluśkimi szczypcami czy co tam było... Ehhh.... Przykładam do policzka lód. A Mikołajek tylko na niego czyha, bo niebieski lód w woreczku jest w towarem szczególnym. Leczy lepiej niż okłady z konika (przytulanka). Leczy lepiej niż okłady z chusteczki do nosa. I nawet lepiej od plasterka. Dlatego od dwóch dni przy każdej wywrotce czy rzekomym uderzeniu się o coś trwają negocjacje o niebieski woreczek z lodem. A pewnej nocy, jeszcze przed tą przygodą, gdy wstałam czegoś się napić, znalazłam ów niebieski woreczek leżący w kuchni, roboczo zawinięty w ściereczkę. Metodą dedukcji oraz badania śladów doszliśmy do faktu, że Mikołajek obudził się, jak co noc. Po pobudce uznał, że jest ranny albo coś w tym guście i wyjął z zamrażalnika lód. Dobrze, że zamknął zamrażalnik... 
A teraz idę przyłożyć sobie do policzka ów lód, ale kiedyś Wam opowiem, jaką przygodę mieliśmy z zębem Mikołajka. I z nerwosolem...

niedziela, 24 marca 2013

wybudujemy wieżę


Wybudujmy wieżę! - powiedziała w niedzielę rano mama magenisiowa.
Mikołajek był pełen entuzjazmu. Daniel też wykazał zainteresowanie.
No i wybudowaliśmy :-)
Po wybudowaniu Mikołajek wieżę rozłożył i klocki wrzucił do koszyka. Sam. Nikt go o to nie prosił.
Po 6 latach terapii sprzątanie po sobie stało się normalną czynnością...





sobota, 23 marca 2013

bezglutenowy żurek dla Mikołajka - w sam raz na święta ;-)

Sprawa jest prosta. Idą święta. Ale nasze święta muszą być bezglutenowe. Z wiadomych powodów. No więc wymyśliłam świąteczny żurek dla Mikołajka. Bez glutenu. Bez nabiału. Bez cukru. Spróbujcie :-)


  • 2 litry wywaru z warzyw (marchewka, pietruszka, por, seler, listek laurowy, ziele angielskie, pieprz) - nie używamy soli, ale ktoś chce, to czemu nie (zakwas z kapusty czy ogórków ma już dużo soli, jeśli dodacie boczek, to on też zwykle jest słony)
  • 3/4  litra zalewy - kwasu z kiszonej kapusty albo z kiszonych ogórków (z kapusty jest smaczniejszy)
  • 2-3 ząbki czosnku
  • 400 gramów ugotowanej kaszy jaglanej
  • można dodać pokrojony w kostkę smażony boczek, majeranek do posypania
 Do wywaru z warzyw dodać kwas z kapusty, czosnek, ugotowaną kaszę. Zmielić wszystko blenderem. Zagotować, uważając, aby kasza nie przywarła do dna gara (bardzo wolno podgrzewać). Dopiero teraz można wrzucić pokrojony, podsmażony boczek i majeranek. Można też ugotować wywar z warzyw z boczkiem i odcedzić go razem z warzywami.
Podawać z białą kiełbasą lub gotowanym jajkiem. Smacznego!
Najsmaczniejszy jest następnego dnia, gdy się przegryzie.

Mikołajek powiedział - kwaśne!
Ale zjadł, bo było jajo :-)








piątek, 22 marca 2013

mokra kołdra

Jak wiadomo, kołdra może być sucha lub mokra. Kołdra Mikołajka dziś np jest mokra. A czemu? Bo się zsiusiała. I teraz po upraniu wisi i przygląda się okolicy. Uwierzcie mi, pranie puchowej kołdry tymi ręcami o szóstej rano jest dość metafizycznym doświadczeniem... Tak więc kołdra u Mikołajka bywa mokra. A czemu? A temu, że Mikołajek czasem lubi w nocy sobie wstać i pożyć. Zdjąć pieluchę, która niestety jest jeszcze potrzebna. Rozebrać się i przebrać. Pobuszować w kuchni. Pobawić się zabawkami w pokoju. A nawet, przy świetle księżyca pooglądać swoje książeczki, które w nocy wyglądają przecież inaczej niż w dzień. Nocne życie, gdy starzy śpią, bywa kuszące... Oj tak... A potem, gdy uda mu się mimo wszystko starych nie obudzić, należy szybciutko wleźć pod kołdrę, bo zimno! A że bez pieluchy... A potem nad ranem  - niezwykłe odkrycie. Spod mokrej kołdry wyłania się mokry Mikołajek...

wtorek, 19 marca 2013

mam 6 lat

Kochany Synku... Sześć lat temu po prostu się urodziłeś - choć wcale nie było to proste... Rodziłeś się wiele razy, ale w końcu przyszedłeś na świat dopiero w marcu. A może - już w marcu, bo przecież Twój czas, żeby zobaczyć świat, to był kwiecień.

Ten nasz początek był trudny. Miałeś nie żyć nie chodzić nie siedzieć nie mówić nie myśleć nie jeść samodzielnie i nawet nie siusiać... A jednak udało się to wszystko, bo byłeś silny, ja się nie poddawałam i Wszechświat stworzył nam możliwości. Przez te sześć lat spotkaliśmy wielu wspaniałych ludzi, którzy towarzyszyli nam na naszej drodze. Nie wszyscy byli mili, mądrzy i sympatyczni... ale każdy nas czegoś nauczył. Przez te sześć lat moja miłość matki  do Ciebie rosła i pęczniała jak róża.

Kiedy to piszę, gardło mam zaciśnięte... Ze wzruszenia.  Czasami myślę, co by było, gdybyś był Mikołajkiem bez Smith-Magenis, i widzę, ilu rzeczy bym się nie nauczyła...bo i Smith-Magenis w międzyczasie zdążyłam pokochać...

No właśnie... Tak myślałam, że nie obędzie się bez wzruszeń... Bez tych gorących łez po policzku, przypominających mi, jak piękny i ważny jest każdy dzień, że należy się cieszyć z każdej minuty, jaką możemy spędzić razem, nie ważne, czy krzyczysz, czy złościsz się, i nie ma z Tobą kontaktu, czy dajesz mi spontanicznie zrobiony z klocków kwiatek - jak różę... Każda chwila z Tobą jest ważna i na swój sposób piękna. Każda chwila z Tobą jest wyjątkowa i zmusza mnie do zmiany. Dzięki Tobie, Synku, codziennie uczę się cierpliwości, akceptacji oraz tego, że na wiele rzeczy nie mam wpływu - i nie mogę mieć, wtedy jestem jak woda. Płynę z nurtem... A na zdjęciu My - Ty malutki, i mój cień. Właśnie wyszliśmy ze szpitala. Masz dwa tygodnie. A ja dwa tygodnie przepłakanych nocy. Bardzo Cię kocham, Synku.





piątek, 15 marca 2013

czy wiesz, co jesz?

My z Mikołajkiem wiemy, co jemy, bo bardzo tego pilnujemy :-)




Więc w związku z licznymi pytaniami, co na tej nieszczęsnej diecie bezglutenowo-bezcukrowo-bezmlecznej jemy RANO, WIECZOREM, W POŁUDNIE, NA PRZEKĄSKĘ, NA ŚNIADANIE i na DESER - i czy się da z tym jedzeniem przeżyć - odpowiadam, co następuje :-)

Na śniadanie:

Na śniadanie można zjeść wszystko. Kaszę jaglaną lub gryczaną w dowolnej postaci, albo  ryż, zupę, duszone warzywa, omlet,  banana, inne owoce, bułeczki bezglutenowe lub bezglutenowy chlebek ze sklepu, albo taki w domu upieczony, np z jaglanej kaszy. Ostatecznie, jak nie ma czasu, to chlebek ryżowy, czyli wafle, jak się mówi u nas w domku.

Zamiast masła:
- tłuszcz kokosowy (mniam)
- masło klarowane
- awokado (mniam)

Ponieważ działamy wg utartych schematów myślowych, to nic bardziej przerażającego, jak pierwsza (i czasem na szczęście ostatnia) myśl - co ja teraz będę jeść? A tu proszę, całe bogactwo smaków, aromatów, i jak się okazuje - produktów... I nie trzeba na śniadanie bułki z szynką, można kaszę jaglaną z suszonymi morelami lub bananem - co akurat uwielbia Mikołajek :-) - powiedziała pewnego dnia mama magenisiowa - podpowiada Mikołajek ;-)

Na obiad:

Warzywa, warzywa, warzywa. W różnej postaci. Z kaszą jaglaną, gryczaną, z ryżem. Z ziemniakami (też warzywa ;-) W formie gulaszu, w formie "na winie" - czyli co się nawinie, w formie gęstych i mniej gęstych zup. W formie moich ukochanych zapiekanek i sałatek. Mięso jemy raz - dwa razy w tygodniu, unikamy smażenia. Nigdy nie używałam tartej bułki. Jeśli jemy to pieczemy lub dusimy na oliwie z masłem (klarowanym). Ale coraz rzadziej, bo po mięsie Mikołajek ma kłopoty z brzuszkiem, brzydki zapach z buzi i inne przygody (Mikołajka), dlatego białko uzupełniamy soczewicami i innymi białkami. Np to z ziemniaków jest lepiej przyswajalne niż z mięsa, bo zawiera pełen przedział aminokwasów, więc jest najłatwiej strawne...

 Na kolację - patrz: śniadanie ;-)

Co jemy w ogóle:

- kasza/mąka jaglana
- kasza/mąka gryczana
- ziemniaki
- amarantus
 [edit 01.06.2013] - komosa ryżową, spirullina
- ryż (mało)
- strączki (fasola, soczewica, fasolka mung, itp)
- oliwa z oliwek
- olej rzepakowy zimno tłoczony
- olej lniany na zimno tłoczony
- orzechy (zawsze namoczone)
- ziarna (np. sezam)
- owoce
- warzywa ( w zimę też mrożone, bo nie ma wyjścia, ale nie lubię mrożonek, choć są bardzo wygodne i szybko można przyrządzić coś ciepłego)
- jaja
- ryby i owoce morza
 - mięso (raz w miesiącu) [edit 01.06.2013]

/może coś jeszcze pominęłam, ale pytajcie/

Czego nie jemy:
- zbóż (pszenicy, żyta, owsa, orkiszu)
- kasz (jęczmiennej, mannej i kuskusu - to pszenica akurat)
- makaronów (bo to zboża)
- mleka (żadnego, żywego, nieżywego, uht) krowiego ani koziego
- nabiału z mleka (oprócz żółtego sera i czasem tłustej śmietany czy mascarpone - ale to wszystko w ramach umysłowej higieny i rzadko i od święta - więc jeśli robimy jakiekolwiek odstępstwa - to właśnie takie :-)
- słodyczy przemysłowych

Nie jesteśmy fundamentalni, ani nawet nie jesteśmy ortodoksyjni. Po prostu czasem nie da się uniknąć odrobiny mleka albo cukru. Jedyne, o co zabiegam, to żadnego glutenu i żadnych rafinowanych tłuszczów. Glutenu, bo organizm potrzebuje aż 8 tygodni, aby się z niego oczyścić. Tłuszczów rafinowanych, bo moja intuicja mi nie pozwala.

Acha. Pięć posiłków dziennie lub cztery. Nie mniej nie więcej.

PRZYKŁADOWY JADŁOSPIS

1. dzień
- 7.30 kasza jaglana z bananem (hit sezonu) lub z suszonymi morelami lub rodzynkami (chętniej)
- 10.00 placuszek grochowy (przepis niebawem)
- 12.00 omlet z warzywami (np brokuły z mrożonki + rukola)
- 15.00 gęsta zupa kapuśniaczek
- 18.00 warzywa duszone + olej budwigowy

2. dzień
- chlebek ryżowy z awokado
- "żywy sok" marchewka+jabłko+ kiełki - czyli świeżo wyciskany gęsty i sycący sok w wyciskarce ślimakowej 
- makaron z fasolki mung z zielonym groszkiem i olejem budwigowym
- zupa kalafiorowa
- pulpecik z indyka z duszonymi warzywami (marchewka, zielona fasolka, ziemniaki, suszone pomidory)

3.dzień

- kasza gryczana z duszonymi, krojonymi pieczarkami (duszonymi dzień wcześniej, samymi lub z cebulką)
- banan
- rosół z makaronem ryżowym
-zapiekanka z porów pod jaglaną pierzynką (przepis wkrótce)
- chlebek jaglany z makrelą (makrela jest ZAWSZE hitem)

SMACZNEGO!

A dzisiejszy wpis dedykuję Mai - mamie poważnie chorej Gai oraz wszystkim dziewczynom z grupy Offtopowej :-), które wspierają mnie i często dobrze radzą! Dziękuję :-)))

jak nie urok to ospa

Zaniedbałam pisanie bloga. Tak. Przyznaję się. Nie starcza mi czasu. Kiedy kończę pracę, jest najczęściej pierwsza w nocy. A o szóstej trzeba wstać. Albo przed szóstą. Potem dzień z dziećmi, z klientami, z projektami, z pracą... Nie oglądam filmów, nie czytam już książek. Podobno obok dzieje się życie. Mikołajek po ospie znów na terapii i w przedszkolu. Codziennie przynosi rysunki. Pokazuje swoje zdanie, bunt dwulatka przeszedł płynnie w bunt trzylatka, bunt trzylatka w bunt czterolatka, a bunt czterolatka w bunt pięciolatka. Ale coraz więcej mówi i rozwija świadomość siebie. Teraz wyjęłam mu namiot i przesiaduje w namiocie... Tam jest jego świat.

A teraz jeszcze Daniel ma ospę... Tej nocy nie spałam. Daniel budził nawet Mikołajka... Daniel ciężko ją przechodzi. Niby bez gorączki, ale jest mu źle. Może dlatego, że jest młodszy od Mikołajka, znosi ją gorzej. Wysypało go i wygląda jak biedronka, albo ostatecznie jak muchomorek.




Już jakiś czas temu odkryłam, że przy chłopakach pracować się da... A noce... Są za krótkie.
A kysz ospo! :-)

niedziela, 10 marca 2013

bezglutenowe kotleciki grochowe z pastą z zielonych oliwek



Wciąż dostaję dużo pytań, co i jak jemy - skoro nie jemy glutenu, cukru i kazeiny, więc postanowiłam przybliżyć nieco temat. Dziś na patelnię trafiły wspaniałe kotleciki grochowe, bardzo proste w przygotowaniu i pyszne w jedzeniu. W smaku obłędnie słodkie. Bez glutenu. Bez cukru. Bez soli. Te są w wersji z kazeiną, ale można też bez - podaję oba warianty :-) Na zdjęciu z pastą z oliwek - przepis również poniżej. Kotleciki sprawdzą się na każdy posiłek - zarówno na śniadanie - wcześniej przygotowane i podgrzane bez tłuszczu, jak i na obiad czy kolację, a nawet na zimno, jako przekąska!

BEZGLUTENOWE KOTLECIKI GROCHOWE Z PASTĄ Z ZIELONYCH OLIWEK

  • 250 gramów grochu (suchego żółtego w połówkach)
  • 1-2 łyżki tłustej śmietany 30% lub w wersji bez kazeiny 1-2 łyżki tłuszczu kokosowego (mniam) albo klarowanego masła
  • łyżeczka ziół prowansalskich - jak ktoś lubi, lub tymianku - zamiast ziół może tu dobrze pasować gomasio
  • masło klarowane/oliwa vergine/tłuszcz kokosowy do smażenia

PASTA Z ZIELONYCH OLIWEK

- 3 łyżki zielonych oliwek (czarne też mogą być ;-)
- kopiasta łyżka namoczonych rodzynek
- łyżeczka gruboziarnistej musztardy
- łyżka lub dwie oleju lnianego z pierwszego tłoczenia


Przez noc namocz groch. (minimum 12-16 godzin). Odlej wodę. Zmiel groch blenderem. Gdyby wydawał się za suchy, dolej ciut wody - na oko, jak powiadają. Po dodaniu tłuszczu masa musi mieć konsystencję bardzo gęstej śmietany, nie może być rzadka. Dodaj do grochu tłuszcz (śmietanę lub tłuszcz kokosowy lub klarowane masło), dopraw ziołami prowansalskimi i czym tam chcesz. Zrób kotleciki na kształt mielonych, tymi ręcami. Usmaż na złoty kolor na rozgrzanej i posmarowanej tłuszczem patelni. Ja najpierw obsmażyłam z dwóch stron, a potem doszły sobie pod przykryciem.
W tym czasie wymieszaj oliwki i rodzynki. Zmiel blenderem, ale nie na jednolitą masę. Dodaj olej. Wymieszaj. Na koniec wrzuć musztardę. Wymieszaj jeszcze raz. Bardzo dobre! Można zjeść łyżeczka, zapominając o kotletach...

 Z Mikołajkiem mówimy Smacznego!

wtorek, 5 marca 2013

krajobraz po ospie

Siedzimy w domu z Danielem i Mikołajkiem. Jest dobrze mieć ich obu przy sobie, ale zaraz ospa się skończy... i wrócą znów dni pełne terapii i zmęczenia dziecka. Mikołajka już trochę w domu roznosi, ale jednak coraz lepiej można się z nim dogadać, więc rozmawiamy, rozmawiamy, rozmawiamy. Żeby, jak czegoś chce, nie wył. Żeby powiedział, o co chodzi, zamiast najpierw płakać. Żeby pytał o pozwolenie, zanim coś zrobi, coś ruszy, coś zepsuje, czegoś dotknie, co ma szanse od patrzenia się rozsypać... Żeby nosił skarpetki i nie latał goły, gdy akurat najdzie go ochota. Lekarstwo działa, tylko dwie ospy rozdrapane, w nocy, przez sen, odruchowo. To mi daje nadzieję, że gdyby znów kiedyś jakiś strupek lub strup, to od razu trzeba podać ten syrop, cokolwiek to jest. Naczytałam się o dzieciach ze Smith-Magenis z martwicą tkanek po drapaniu, związywanych, żeby nie drapały bardziej. Drapanie przeżyliśmy już jak miał dwa lub trzy lata... Nie związywaliśmy. Dwa miesiące leczenia zadrapanej stopy... 3 centymetry sączącej się, rozdrapywanej rany... W końcu udało się odwrócić jego uwagę, bandaż na nodze został. (Było gorące lato, a Mikołajek biegał w seledynowych cieniutkich rajstopkach dla dziewczynek, ale tylko ich nie był w stanie zdjąć, aby dobrać się do opatrunku...)
W każdym razie... ospa się kończy i zaraz wróci normalny, pospieszny rytm, gdzie moje dziecko ma 30  godzin terapii w tygodniu, a ja - całą resztę godzin do wyciszania jego skołatanych chorobą emocji... Tak mało przez to godzin mamy razem, on - pracuje nad swoją przyszłością, ja - wyciszam go, gdy wraca. A zdarza się, że się mijamy, bo życie... praca, jeść trzeba.
A potem, gdy zaśnie, siadam do zajęcia, które kocham, palce biegną rozpędzone po klawiszach mojego malutkiego komputera, niezależnie od tego, czy piszę właśnie projekt czy wpis na bloga... Ach... Gdybyśmy mogli spędzać razem więcej dni, więcej godzin, więcej minut opartych na jego spokojnej kontemplacji świata... gdy nie rozrywa go coś od wewnątrz, gdy nie panikuje, gdy nie krzyczy, nie złości się, tylko jest tym prawdziwym uśmiechniętym, skoncentrowanym sobą, który nieproszony przynosi mi kapcie i okulary, a potem daje soczystego, często jeszcze z resztkami obiadu, buziaka prosto w czoło!

niedziela, 3 marca 2013

my name is Bond

Historia poranna.
Daniel biegł gdzieś na swoich jeszcze krótkich nóżkach i bam. Złapał zająca. Zastanawiał się chwilę, czy może uderzyć w ryk, ale jakoś się rozmyślił.
Mówię do niego:
- Daniel, ty to jesteś agent.
Na co Mikołaj:
- Osho!

Dla niewtajemniczonych - "Agent Osho" to taka bajka dla dzieci :-)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...